czwartek, 26 kwietnia 2012

Too drunk to fuck. Part II





Standardowo, chcę przeprosić na początku za to, że ostatnio tak rzadko coś się tu pojawia. Zostaje mi tylko prosić was o zrozumienie, ponieważ nie dość, że serio praca zjada mi bardzo dużo czasu, to kiedy już mam wolne – spędzam je bardzo aktywnie, nie w domu przed komputerem. Dodatkowo wzięłam się za jeden bardzo poważny i duży projekt, ale to póki co jeszcze tajemnica. Ah, no i piszę dla dzieciaków prezentacje maturalne. Jakbyście mieli z tym problem, moi kochani maturzyści (i oczywiście zbytek finansowy do wydania) to ja serdecznie zapraszam.
Teraz troszkę z innej beczki, nawiązując do tematu o dewiacjach. Wyczytałam dziś w pewnej gazecie o bardzo ciekawej grze. Niby jest to symulator randkowy, jednak dziewczyny w nim spotykane są w jakiś sposób niepełnosprawne lub okaleczone. Taka tam ciekawostka, w razie gdyby interesowało was, to klikajcie TUTAJ.

Dziś dla odmiany nie o seksie (a przynajmniej nie do końca). Za to mam zamiar kontynuować temat sprzed dłuższego czasu dotyczący stanów upojenia alkoholowego. Pracując przez ostatni miesiąc za barem nabrałam w tej kwestii doświadczenia i poczyniłam sporo obserwacji. Szczerze mówiąc, pierwszy raz mam okazję na dobrą sprawę obcować z pijanymi ludźmi, kiedy sama ich stanu nie podzielam (dziś zresztą powiedziałam koledze, który mnie odwiedził – w tym momencie serdeczne pozdrowienia dla Artura, co by nie było – że odkąd znamy się dwa czy trzy lata, a widywaliśmy się bardzo często, on jest pod wpływem, a ja nie).
Gotowi? Zaczynamy.


Romantycznie.

Mówcie sobie, co chcecie, ale po odpowiedniej ilości procentowych trunków, każdy robi się łatwy. Nasze wymagania, co do osoby, z którą chcemy obcować spadają na łeb na szyję i coraz łatwiej im sprostać.
Na dodatek mam wrażenie, że nie tylko wymagania lecą w dół, ale i atrakcyjność spotykanych ludzi w tajemniczy sposób wzrasta i nagle wydają nam się dużo ładniejsi niż zwykle.
Wpływ ma też tutaj powszechnie zwana chcica, która po alkoholu wyczynia cuda i w pewnym momencie mamy ochotę zaciągnąć za rękę do najbliższej toalety naszego dobrego kumpla, który na co dzień jest dla nas totalnie aseksualnym obiektem. Moja dobra rada: nie róbcie tego. Czasami warto jednak swoje pijackie zainteresowanie przerzucić na osobę postronną.
W sumie metoda „upić i przeruchać” jest od lat sprawdzona i powszechnie praktykowana, jednak trzeba mieć do niej duży dystans. Po pierwsze, rano pojawia się takie nieprzyjemne coś, jak kac moralny (o tym szerzej później). Po drugie, kochane panie, macie oczywiście pełną świadomość tego, że w pewnym momencie wasz luby po prostu nie sprosta wyzwaniu? (Tak, kobiety też stosują tę metodę – i to częściej niż myślicie). No i trzecia sprawa, już w sumie bardzo ekstremalna: nie chcecie chyba, żeby ktoś zwrócił na was swój obiad w trakcie?
Szczerze mówiąc, dosyć często po pijaku włącza mi się romantyczny nastrój. Może nie jakoś bardzo skrajny, jednak często przyłapuję się na tym, że po alkoholu zaczynam rozglądać się wokół i oceniać potencjalnych kandydatów i kandydatki na jednonocną miłość mojego życia.
Swoją drogą, tutaj też, przynajmniej u mnie, duży wpływ na zachowanie ma rodzaj wypitego alkoholu. Po winie na przykład bierze mnie chęć na przytulanie, pocałunki i inne tego typu delikatnie erotyczne rzeczy rodem z filmów romantycznych, za to po tequili myślę w kategoriach czysto fizycznych i kwalifikujących się bardziej pod ruskie amatorskie porno niż pod romanse.


Na smutno.

U mnie bardzo, bardzo, bardzo i jeszcze raz bardzo rzadko. Dwa czy trzy razy u siebie zaobserwowałam (i to, jeśli w grę wchodziła wódka).
Jest jednak wyjątkowo dużo osób, które pijackie noce kończą płaczem. I nie chodzi mi tu nawet o sytuację, kiedy ktoś zapija smutki. Albo, kiedy rozmowa zejdzie na bolesny temat.
Zdziwilibyście się jak mało czasem do płaczu potrzeba. Ostatnio na przykład byłam świadkiem, kiedy młody chłopak (nie zdziwię się, jeśli młodszy ode mnie) popłakał się przez Monte Cassino. Nie pytajcie, czemu, byłam trzeźwa, więc nie potrafię pojąć moim umysłem psychiki i toku rozumowania pijanego człowieka.
Standardem jest też płacz na temat związków. Byłych, obecnych, przyszłych, niedoszłych (dobra, tu nie jestem lepsza, bo sama ostatnio tego stanu byłam bliska – za dużo pracuje, za mało piję i alkohol mocniej działa. Przepraszam tutaj Igę, która prawdopodobnie to czyta z tego co ostatnio mówiła ;) ).
To chyba mój najmniej ulubiony stan. Przynajmniej, jeśli dotyczy innych, nie mnie. Z tego, co udało mi się zaobserwować osoba w tym nastroju czerpie tak naprawdę niesamowitą radość z uwagi, którą wzbudza, możliwości wygadania się, a nawet ze swojego smutku (jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało). No dobra, ludzie mają czasami potrzebę popłakać i pozadawać sobie psychiczny ból (inaczej nikt by nie kręcił dramatów). Pamiętajcie tylko, że bardzo często rozwalacie tym humor całemu towarzystwu.
Co ciekawe, z tego, co do tej pory widzę, nigdy nie spotkałam się z sytuacją, kiedy dwie osoby popadłyby w ten humor. Zawsze jest jedna, skupiająca na sobie uwagę reszty.


„To znakomity pomysł!”

Nienawidzę. U mnie występuje zawsze, standardowo. I tak samo zawsze i standardowo żałuję większości rzeczy.
Po odpowiedniej ilości alkoholu staje się już nieważne, jaka propozycja padnie. Wszystko wydaje się najlepszym pomysłem w waszym życiu i tylko się dziwicie, jakim cudem nie wpadliście na to wcześniej.
„Hej, może obskoczymy wszystkie puby w mieście w każdym wypijając shota?”, „Może zobaczymy co się stanie kiedy spróbujemy to podpalić?” „Może pojedziemy nad morze/w góry/inne oddalone w pizdu miejsce z którego absolutnie nie będzie powrotu? To nic, że nie mamy na bilet, możemy przecież jechać na stopa!” „Może wskoczymy do Odry w samej bieliźnie, w końcu przy plus trzech stopniach Celsjusza w powietrzu woda nie może być AŻ TAK zimna.” „Czechy? Jasne, poczekaj tylko aż uda mi się odpalić pierwszy spotkany samochód.”.
Nie, nie, nie. NIE.
Najgorsze jest to, że nie ma żadnego sposobu (nawet trzeźwa osoba próbująca zaprowadzić porządek odnosi przeważnie marny skutek), żeby wybić z głowy taki pomysł kiedy już padnie i znajdzie poparcie (wszystkie podane cytaty dotyczą autentycznych sytuacji, nic tutaj nie przejaskrawiam). 
Chociaż w sumie, co by nie mówić, z tym stanem wiążą się najlepsze wspomnienia i najciekawsze anegdotki do opowiadania wnukom ;)


„Masz jakiś problem?”

Mi osobiście w życiu nigdy się nie zdarzyło, ale w sumie ja ogólnie bardzo pokojową osobą jestem. Za to wyjątkowo często po alkoholu widzę, że ludziom włącza się okropny agresor. Albo szukają zaczepki byle gdzie, albo jakiegokolwiek obiektu do wyładowania emocji.
Tutaj trochę zejdę na poważny ton, ale jeśli wiesz, że upijasz się często w ten sposób, to wykaż resztkę zdrowego rozsądku i daruj sobie alkohol. Albo poznaj swój limit.
Jeśli jesteś na tyle dorosły, żeby pić, to rób to z głową. Stajesz się po pijaku agresywny, trudno, nie Twoja wina – jednak wtedy pij sam w domu ze sobą. A jak poczujesz chęć wyżycia się na kimkolwiek to wejdź sobie na czat czy jakiekolwiek forum i pokłóć z ludźmi. Albo kup worek treningowy, zamiast psuć zabawę innym.


„A mój dziadek…” „A ostatnio to myśmy…”

I inne tego typu historie. Ja wiem, zabawne anegdotki są fajne. Każdy lubi posłuchać. Jednak bardzo często po pijaku jednej osobie włącza się monolog i wtedy jest koniec, dowidzenia, cześć. Co byście nie próbowali zrobić, jakkolwiek byście nie zmieniali tematu – no wybaczcie, nie da się. Sytuacje z takimi przemowami kończą się zwykle tak, że całe towarzystwo pogrąża się w swoich rozmowach, a jedna osoba (albo mi się wydaje, albo bardzo często jestem to ja), siedzi i grzecznie przytakuje monologiście starając się wykazywać oznaki zainteresowani (chociaż każdy z nas wie, że myślami jest wtedy na drugiej półkuli albo opracowuje właśnie ulepszoną teorię względności). Przemowa trwa różnie – przy dobrych wiatrach może być to pięć minut, ale równie dobrze możecie być skazani na pół godziny słuchania bez możliwości wtrącenia słowa.


Póki co tyle, miałam zamiar dać Wam jeszcze dodatek specjalny o rodzajach kaca (żebyście pamiętali, że kocham Was za to, że mnie czytacie i jesteście w ogóle wspaniali), ale jest trzecia w nocy, ja od dwunastej rano do drugiej byłam w pracy, a teraz kończę butelkę wina za Wasze zdrowie i kładę się spać.

Swoją drogą, chcielibyście jeszcze jeden post z relacją z podróży? Cos tego typu.


sobota, 7 kwietnia 2012

Opowieści z tysiąca i jednej nocy, część I


Na początek, bardzo chciałam przeprosić za zastój na blogu. Będę szczera i chociaż przez ostatnie dwa tygodnie było to spowodowane moją nową, bardzo ciężką pracą (no wybaczcie, musiałam się pochwalić, że ktoś mnie zatrudnił), to wcześniej była to całkowicie wina mojego ogromnego lenistwa i postępującego alkoholizmu.
W każdym razie, kiedy tak sobie stoję za barem i wysłuchuję historii i teorii opowiadanych przez pijanych ludzi, nie mogę się powstrzymać przed zagłębieniem się w te wszystkie mity, które pośród was krążą i, co gorsza, wielu z was jest święcie przekonana o ich prawdziwości.
Zaczynajmy.

  1. „Rozmiar nie ma znaczenia”.
Postawcie to na półce tuż obok „pieniądze szczęścia nie dają” i „wygląd się nie liczy”. Kłamstwo powtarzane tylko po to, żeby zrobiło się lepiej posiadaczom małych penisów. Wiem, że wiele osób naprawdę chce w nie wierzyć, jednak w głębi duszy każdy z nas wie, że to mit. Skąd w innym wypadku tyle reklam środków i sposobów powiększających to i owo?
Niestety kochani, rozczaruję was – rozmiar ma znaczenie, każda kobieta, która miała jakiekolwiek doświadczenia seksualne ocenia i porównuje kolejne widziane i dotykane męskie przyrodzenia (swoją drogą to tłumaczy skłonności poniektórych panów do dziewic).
Oczywiście duży penis nie jest gwarancją udanego seksu, nic w tym stylu. Często dumni posiadacze zapominają, zapatrzeni w swojego członka, że technika też jest ważna i myślą, że sam rozmiar wystarczy nam do orgazmu. To nie tak. Sam ruch posuwisty ciała sztywnego zdecydowanie nie wystarcza, żeby zadowolić partnerkę.
Jednak nie ma co ukrywać, że jeśli jesteś facetem i Twoja duma mieści się w przedziale poniżej 15-16cm, no to cóż – wybaczcie mi szczerość, ale ktoś chyba w końcu musi to powiedzieć – lepiej dopracuj palce i język, bo cudów to Ty tutaj nie zdziałasz.


  1. „Wygląd się nie liczy”.
No skoro już wspomniałam o tym wcześniej, to może to rozwińmy. Serio, jeśli nie jesteś jakimś dziwnym fetyszystą, którego najbardziej podnieca widok śledziony czy wątroby partnera, stuprocentowo kłamiesz mówiąc, że liczy się jedynie wnętrze (jednak, jeśli jesteś taką osobą, to bardzo proszę o kontakt mailowy w celu udzielenia wywiadu). Kolejna bzdura powtarzana po to, żeby brzydkim ludziom nie było smutno.
Liczy się. Dokładnie na równi z tym, co masz w głowie. Wybierając partnera dla siebie patrzymy na obie kwestie i obie muszą nam odpowiadać. Jeśli pasuje tylko wygląd, kończy się na przelotnym seksie, czasem romansie. Jeśli tylko intelekt, zostaje przyjaźń.
Nie chodzi mi tutaj o to, żeby być miss czy misterem świata, jednak osoba, z którą wchodzimy w związek musi pociągać nas fizycznie i nie ma tutaj wyjątków od reguły.
Dodatkowo, wygląd zewnętrzny ma przewagę, ponieważ często to on decyduje o tym, czy chcemy kogoś poznać.

  1. Te wszystkie piękne i romantyczne sceny… 
Wspomniałam o tym w pierwszej notce. Zresztą, z tych rozważań właśnie wziął się pomysł na blog.
Posłuchajcie, pocałunki w deszczu wcale nie są fajne. Mokniesz, jest Ci ogólnie niemiło, deszcz kapie na twarz, robi się coraz zimniej, a Ty myślisz tylko o tym, czemu stoicie i całujecie się w środku ulewy zamiast pójść do domu czy miłej kawiarni obok.
Seks na plaży też nie należy do najlepszych rzeczy na świecie, chyba, że lubisz jeszcze przez tydzień wyciągać piasek z najgłębszych zakamarków swojego ciała. Nawet na kocyku, nie da się tego całkiem uniknąć.
Zostawmy więc takie piękne sceny filmowcom, a sami postarajmy się być bardziej realni.

  1. „Moja kobieta ma zawsze orgazm”.
Ha. Ha. Ha. Wybaczcie, poruszałam już ten temat, jednak nadal budził spory. Ja nie wątpię, że czasami może nawet ma. Jasne. Jednak ile razy słyszę kolegów opowiadających mi o tym, jak to ich dziewczyna się wije i ile razy dochodzi podczas jednej nocy (wierzę w to, że nie zmyślają, tylko serio wierzą, że tak jest), mówię im, że każdy mój były partner myślał to samo.
Niestety, kobiety udawały, udają i udawać będą, z pobudek najróżniejszych (jednak duma facetów chwalących się tym jest chyba tutaj dosyć znaczącym czynnikiem). Jeśli jesteś kobietą i dochodzisz za każdym razem ze swoich chłopakiem po pięć razy, nigdy nie udając, to z czystym sercem gratuluję, jednak dziwnym trafem osoby takie spotykam tylko w Internecie, najczęściej komentujące anonimowo.
Jest jeden sposób, żeby na jakieś 9 przypadków na 10 odróżnić udawany orgazm od prawdziwego (upewnił mnie w tym znajomy seksuolog), jednak nie będę wam psuć zabawy i zachowam go dla siebie. Pamiętajcie tylko, że zaciskanie mięśni kegla jest kierowane wolą i nie świadczy o tym, że wasza partnerka właśnie przemierza wszechświaty rozkoszy.
No i kochane panie, jedna ważna sprawa – chłopcy też udają, a wytrysk nie musi świadczyć o psychicznym orgazmie, miejcie to na uwadze.

  1. Kobieta, która miała wielu partnerów.
Chociaż wiele mitów na ten temat, mi chodzi o jeden konkretny. Panowie, pochwa rozciąga się do stosunku i wraca do stanu normalnego. Jej objętość nie zależy od ilości odbytych stosunków. Najnormalniej w świecie kurczy się i jest taka, jak wcześniej.
Tym bardziej, że kobiety, które miały kilku (a czasem nawet tylko jednego) stałych partnerów, bardzo często odbyły w życiu więcej stosunków niż te uprawiające seks okazjonalnie, sporadycznie, z różnymi osobami.
Poważnie, sugerujecie, że nasze waginy mają swój własny mózg albo jakikolwiek system rozpoznawania, sprawiający, że rozciągają się coraz mocniej z każdym kolejnym penisem, jednak trafiając na ciągle tego samego stwierdzają, że należy pozostać w stanie nienaruszonym?
To jeszcze wyjaśnijcie mi, jak mają się do tego wibratory?


Chwilowo tylko tyle, jednak zamiast się obrażać, doceńcie, że po 15 godzinach pracy, zamiast pójść spać jak normalny człowiek, stworzyłam specjalnie dla was notkę.
Bo, co tu ukrywać, stęskniłam się za wami.
Wesołych świąt i smacznego wielkanocnego śniadanka!


piątek, 17 lutego 2012

Bo to co nas podnieca - najdziwniejsze dewiacje I



Postanowiłam zacząć post tym optymistycznym i wiele obiecującym filmikiem. Specjalnie dla Was zwiedziłam i przeszukałam najmroczniejszą i najbardziej pokręconą (i mówię to jako osoba przebywająca na 4chanie) stronę Internetu. Wybrałam kilka z najdziwniejszych moim zdaniem fetyszy i postanowiłam znaleźć o nich więcej informacji. Wybaczcie, jeśli i Wasz się tutaj znajdzie i zamiast się obrażać, cieszcie się, że jesteście oryginalni ;)
Tak poza tym, serio chciałam zrobić z tego jakieś top 10, ale nie umiem zdecydować co jest bardziej pokręcone, więc dostajecie wszystko po prostu w kolejności, w jakiej to opisywałam.

Chciałam też zaznaczyć (i jest to bardzo ważne), że ten post wybitnie nie jest skierowany do osób poniżej osiemnastego roku życia. Znajdą się tu linki do stron i filmów pornograficznych zawierających materiały dla wielu osób szokujące i kontrowersyjne, więc jeśli nie jesteście gotowi na takie widoki, nie zaglądajcie w podawane linki.


Swoją drogą, ciekawe, po jakich hasłach teraz będą mnie wyszukiwać w googlach.




  1. Niemowlaki



Z tego, co udało mi się wyczytać w Internecie, jest tutaj kilka kategorii. Jest anaclitism, który polega na fascynacji dziecięcymi przedmiotami, autonepiofilia, gdzie głównym przedmiotem zainteresowania są pieluszki i autopedofilia, która polega na tym, że człowiek lubi być traktowany jak dziecko. Sami siebie nazywają po prostu dużymi dziećmi (‘big babys’) i jeśli jesteście zainteresowani tym, jak to wygląda, to tutaj macie wiele wyjaśniający film >>KLIK<<



Ten fetysz poznałam dosyć wcześniej (chociaż chyba nie ma się czym chwalić). Do tej pory pamiętam pierwszego gościa w pierwszym odcinku Potyczek Jerryego Springera, jaki miałam kiedykolwiek okazję oglądać. Na scenę w pseudodziecięcym samochodziku zabawce wjechał ogromny murzyn ubrany w pieluszkę. Udało mi się nawet znaleźć dla was fragmenty tego odcinka. 






2. Własna śmierć

Autonekrofilia, to parafilia polegająca na wyobrażaniu sobie siebie martwym. Niebezpiecznie podchodzi pod nastoletnich ludzi nocy. Przyznam, że zaciekawiło mnie to i spędziłam kilka dłuższych chwil w Internecie, przeszukując różnojęzyczne fora i szukając jakichś konkretniejszych informacji.
Pewnie przypuszczacie, że w takim przypadku nie może istnieć porno. Błąd. Istnieje, tylko, że osoby z tym zboczeniem nie mają tak łatwo jak my. Nie wystarczy usiąść przed komputerem i wpisać adres swojej ulubionej porno strony. Tutaj trzeba się bardziej wysilić. Na jednej ze stron (niestety była po portugalsku, więc czytałam tylko za pomocą translatora, mam nadzieję, że nie przekręciłam informacji) pewien internauta radzi, żeby nakręcić filmik pozorujący samobójstwo.
Nie znalazłam żadnej konkretnej strony zajmującej się tym. Jedynie na forach o mroku, śmierci itd. mroczne nastolatki wypisują wymarzone sposoby śmierci. Tak czy siak, wydaje mi się to delikatnie mówiąc niezdrowe.
Jest jeszcze jej odmiana zwana autossassinofilią, gdzie ludzie wyobrażają sobie własne zabójstwo. Jednak i w tym przypadku jedyne, co znalazłam to fantazje ludzi nocy.

3. Roślinki


Kolejnym ciekawym przypadkiem jest dendrofilia, czyli zafascynowanie seksualne drzewami. I wcale tutaj nie chodzi o to, że wasza partnerka do łóżkowych zadań zachowuje się jak kłoda.
Nie udało mi się nigdzie znaleźć ściśle dendrofilskiej strony i dalej nie jestem do końca pewna jak to wygląda. Kobieta uprawia masturbuje się gałęzią? Facet szuka drzewa z dziuplą odpowiedniej wielkości? A może oglądają po prostu filmiki takie jak ten?


Szukając i czytając po forach dla osób z wyjątkowo nietypowymi seksualnymi zainteresowaniami odkryłam, że i tutaj można kombinować i łączyć dendrofilię z innymi zboczeniami. Na przykład z zoofilią, gdzie jeden z użytkowników opowiada, że lubi oglądać jego kota wspinającego się na drzewo. Inny jest fanem pissingu, bo kręci go oddawanie na rośliny moczu. Można też zebrać to do kupy i zrobić combo – ktoś chwalił się, że ma pokaźną kolekcję filmów ze swoim psem sikającym na drzewa.
Wybaczcie, ale w tym momencie zrezygnowałam z dalszego zagłębiania się w ten temat.



    4. Dysmorphophilia

Kiedyś, jeszcze za czasów kiedy jako nastolatka przesiadywałam na rotten.com, byłam ciekawa, czy naprawdę wszystko da się znaleźć w Internecie. Okazało się, że, niestety, tak. Wtedy właśnie natknęłam się na dysmorphopilie. Jest to dewiacja polegająca na tym, że podnieca nas partner zdeformowany lub upośledzony. Nie chcę się na ten temat za bardzo rozwodzić, bo jestem w trakcie jedzenia drugiego śniadania. Najlepiej zobrazują wam to dwa przykłady o bardzo wdzięcznych nazwach (przypominam, że ostrzegałam przed otwieraniem linków w tym poście):


 5. Entomofilia

Odmiana zoofilii. Tylko, że tutaj elementem kluczowym są owady i inne robale.  Czy też pierwszym, co wam przyszło na myśl była Japonia? Udało mi się znaleźć serię zdjęć (oczywiście wykonaną przez azjatów). Ze względu na ich treść nie opublikuję ich bezpośrednio, możecie je obejrzeć klikając >>TUTAJ<<.
Wydaje mi się, przynajmniej  na tych zdjęciach, że ma to dodatkowo jakiś związek z mysofilią, czyli przypadkiem, kiedy podniecenie wywołuje brud.

Swoją drogą, zaczęłam się teraz zastanawiać nad seksualnością postaci Dzwoneczka.





Na dziś tyle, nie chcę przeciążać waszej (i przy okazji swojej) psychiki zbyt dużą ilością takich obrazów na raz. Jeśli się podoba, nie martwcie się, mam przygotowane drugie tyle.
Teraz tylko muszę wyczyścić historię przeglądarki, a wam życzę miłego weekendu ;)




niedziela, 5 lutego 2012

Poradnik wzorowej kochanki


Na początek - pamiętacie parę z ostatniego wpisu? Dostali się do finału, więc wielkie gratulacje i podziękowania dla tych, co wysłali smsa :)
Dosyć długo nie było porządnego postu, mam nadzieję, że tym teraz wszystko nadrobię i mi wybaczycie. Z nowości na blogu doszło nowe zdjęcie w dziale "o mnie" i dwa ciekawe linki po lewej stronie w kategorii "dziwactwa z sieci", którą mam zamiar w miarę uzupełniać.


Pamiętacie na pewno napisany przeze mnie jakiś czas temu poradnik wzorowego kochanka. Jako, że cieszył się sporą popularnością i dobrą opinią, postanowiłam być sprawiedliwa i przedstawić również sytuację od drugiej strony. Bo nie ukrywajmy kochane panie, że my też często bez winy nie jesteśmy. Przeprowadziłam badania wśród dosyć znacznej grupy osobników płci męskiej i zebrałam listę błędów, które popełniają w łóżku kobiety. Szczerze jestem w szoku jak usłyszałam, co niektóre z was wyprawiają.
Wiele rzeczy tu przedstawionych zależy od gustu, bo jak wiemy fetysze i zboczenia są najróżniejsze na świecie i jeśli są kolesie, których podniecają obierki od ziemniaków, to na pewno każdy z tych błędów znajdzie swojego miłośnika.
W każdym bądź razie – panowie, nie musicie dziękować. Panie, uczcie się.


  1. Zęby
Nie było chyba faceta, który by tego nie wymienił. Poważnie? Słuchajcie, wiadomo, że ugryzienia w szyje czy ucho, takie dosyć delikatne podszczypywania zębami są fajną i przymną sprawą, ale, do cholery, dlaczego próbujecie odgryźć mu penisa? To wrażliwe miejsce i musicie zwracać uwagę na to, żeby nie zrobić waszemu ukochanemu krzywdy. Nie do końca wiem, czy robicie to specjalnie, czy niechcący, ale postarajcie się nie nadużywać zębów w oralnych zabawach. Bądź, co bądź, chcecie przecież żeby pozostał sprawny i nie był obolały, prawda?


  1. Art. Of Blowjob
Kiedy już decydujecie się na seks oralny, to postarajcie się nie wyglądać, jakbyście robiły to za karę. Jeśli z jakichś powodów naprawdę nie chcecie tego robić, to już lepiej odmówić niż robić loda z równą pasją i namiętnością, co przy obieraniu ziemniaków. Pamiętajcie, że faceci są wzrokowcami i kiedy wkładacie to trochę zaangażowania i zabawy sprawa ma się dużo lepiej. Nikt wam nie każe zgrywać aktorki porno, która ma orgazm od samego trzymania penisa w ustach, jednak ważne jest, żeby facet widział, ze wam też się to podoba.


  1. Głębokie teksty w momentach wielce niestosownych.
Kojarzycie zdjęcia z napisanymi helveticą mądrościami życiowymi? Ostatnio w Internecie pojawiła się nawet ich parodia.
Głębokie teksty zostawmy poetom i postaciom w filmach, ale nie używajmy ich w życiu.
Jeśli podczas seksu wyskoczycie biednemu chłopakowi z tekstem „teraz jesteśmy naprawdę połączeni” albo „jesteśmy jednością”, to nie ma się co dziwić, że libido spada mu momentalnie do poziomu imienin u babci. Sama zresztą podobnie bym się czuła słysząc coś takiego i to nie tylko w sytuacji łóżkowej. O ile waszym życiowym autorytetem nie jest Ania z Zielonego Wzgórza i nie dążycie do tego, żeby w każdym calu ją przypominać, to odpuśćcie sobie górnolotne zwroty.


  1. Niepewność swojego ciała.
Wiem, każda z nas ma kompleksy. Ja też nie jestem lepsza i ten błąd wybitnie dotyczy też mnie. Wiem, że po ciemku jest bardziej komfortowo. Wiem, że staracie się wybierać pozycje, które ukryją fałdki czy rozstępy. Wiem, że jesteście pewne, że wasze piersi nie mają odpowiedniego rozmiaru, brzuch jest za duży, a tyłek za mało okrągły.
Musimy jednak postarać się zrozumieć, że facet to facet. Idąc z Tobą do łóżka ma świadomość Twojego wyglądu i poważnie, w takiej chwili nie będzie zwracał uwagi na niedoskonałości Twojego ciała, chyba, że sama go na nie nakierujesz. Stresując się i starając zasłonić odbieracie też zabawę sobie. Bo co za przyjemność z seksu, kiedy cały czas skupiasz się na tym, żeby ładnie wyglądał. Hej, to mężczyzna, ma penisa i za chwilę będzie uprawiał seks. Nie chce robić tego z miss świata, tylko z Tobą, więc ciesz się i postaraj akceptować własne ciało.
Nie jest to łatwe, ale musimy spróbować się nauczyć. Tutaj też prośba do panów. Ośmielajcie wasze kobiety w takich sytuacjach, prawiąc im komplementy. Nie ogólne, w stylu „jesteś piękna”, „mam na Ciebie straszną ochotę”. Skupcie się na konkretnych partiach jej ciała (najlepiej na tych, na punkcie, których ma właśnie kompleksy – zauważycie to łatwo, bo właśnie te części będzie najbardziej zasłaniać). Całujcie jej brzuch mówiąc, jaki jest cudowny (za użycie słowa „mięciutki” prawdopodobnie wylecicie z łóżka). Dotykajcie i chwalcie piersi. Postarajcie się nam pomóc wyjść z kompleksów, a na pewno się odwdzięczymy większą śmiałością w łóżku ;)


  1. Rozmowy z penisem.
Nie wiem, skąd to wzięłyście. Dla mnie mówienie do penisa i zwracanie się do niego w formie osobowej jest co najmniej niepokojące. Kiedy następnym razem zobaczycie penisa nie mówcie do niego: „cześć przyjacielu, co tam u Ciebie?”. Zdradzę wam sekret – penis nie ma uszu! W żaden sposób was nie usłyszy, ani wam nie odpowie. Może co najwyżej opluć.
Rozmowy z penisem, zwłaszcza te przeprowadzane głosem małej dziewczynki, nie są czymś mile widzianym w łóżku i koniec tematu.


  1. Mówcie, czego chcecie.
O ile rozmawianie z penisem jest bardzo niewskazane, o tyle powinniście stale porozumiewać się z jego właścicielem. Nauczcie się swojego ciała, zapamiętujcie, co sprawia wam największą przyjemność i mówcie wprost, czego chcecie albo co wam się nie podoba. Faceci nie potrafią czytać waszych myśli, a delikatnie dawane sygnały dla większości są zbyt delikatne. Dajcie jasno do zrozumienia, na co macie ochotę, nie oczekujcie, że sam się nagle domyśli. Jeśli był przyzwyczajony do tego, że jego poprzednie dziewczyny lubiły, kiedy bardzo skupiał się na ich sutkach, a wy tego nie chcecie, to kiedy zacznie to robić powiedzcie mu wprost. Odkryliśmy coś tak cudownego jak mowa i warto to wykorzystywać. A jeśli bardzo wstydzisz się powiedzieć słowami, po prostu złap jego rękę i pokaż mu, czego chcesz.


  1. Ach, te nowości.
Nikt nie każe wam tutaj wyczyniać niewiadomo jakich cudów, kupować setek poradników czy zabawek. Liczy się otwartość i spontaniczność. Nie bądźcie z miejsca nastawione źle do wszystkiego, co nowe. Jeśli chłopak coś wam zaproponuje, podzieli się jakąś fantazją – spróbujcie, chociaż raz. Nikt wam nie każe przecież potem tego powtarzać, a może się okazać, że też wam się spodoba. Nie chodzi tutaj o to, żeby zmuszać się do czegoś na siłę, ale po prostu być otwartym na propozycje i ciekawym nowości.


  1. Bierność.
Wiadomo, że uległość czasami jest fajna. Jednak nie polega to na tym, że zostawiacie wszystko na głowie faceta, a wy leżycie sobie jak te księżniczki, robiąc nic. Nie na tym polega seks, bo w takim wypadku równie dobrze mógłby mieć w łóżku dmuchaną lalę zamiast was. Wykazujcie inicjatywę, seks jest świetną zabawą, a nie przykrym obowiązkiem. Więc się bawcie!  Dajcie coś od siebie.
Liczy się też po raz kolejny spontaniczność. Zaskakujcie go. Przywitajcie go kiedyś w domu w stroju francuskiej pokojówki. Załóżcie pod domowy dres seksowną bieliznę i cieszcie jego zdziwioną miną, kiedy was rozbierze. Siedząc w restauracji w sukience i pończochach dyskretnie ściągnijcie majtki i podajcie mu do ręki. Wracając do domu z imprezy złapcie nagle za rękę, wciągnijcie w ciemny zaułek i pobawcie się ze sobą chwilę. Możliwości są miliony, możecie się wykazać na setki sposobów. Bądźcie kreatywne i cieszcie się seksem.


  1. Doggy style.
Podobno często dziewczyny wyginają przy pozycji na pieska plecy w łuk do góry. Nie. Po prostu nie. Zróbcie to kiedyś przed lustrem i zobaczcie same jak to wygląda. Facet ma radość z tej pozycji dlatego, że widzi wasz wypięty tyłek z bardzo przyjemnej perspektywy, więc nie zabijajcie zabawy wginając plecy w złą stronę.


  1. Cicho jak mysz pod miotłą.
Nie chodzi o to, żeby na siłę zmuszać się do jęczenia. To nie ma sensu, jeśli jesteś cicha i taka Twoja natura to trudno, facet musi to zaakceptować. Jednak nie należy na siłę tłumić w sobie jakichkolwiek odgłosów (chyba, że wymagają tego warunki, ale to już inna sprawa ;) ). Nie krępujcie się pokazać, że wam dobrze. On się będzie z tego cieszył, przecież właśnie na tym polega seks, na sprawianiu sobie nawzajem przyjemności. Często zresztą jest to większa frajda niż zaspokojenie swoich własnych zachcianek.


Nie ujęłam wszystkich punktów, które wysłaliście, wybaczcie. Do tematu na pewno jeszcze nie raz wrócę, póki co wybrałam te najczęściej się powtarzające.
A teraz uciekajcie od komputerów testować nowo zdobytą wiedzę w praktyce ;) miłej zabawy!



poniedziałek, 23 stycznia 2012

How I met...



Wybaczcie dłuższą przerwę, ale mam ostatnio natłok imprez, dzięki którym będę miała o czym pisać ;) Chciałam też podziękować tym co wysłali na mnie smsa, bo jak na blog, który ma dopiero 3 miesiące i tak całkiem nieźle poszło. No i muszę pogratulować Adrianowi Lewandowskiemu przejścia do kolejnego etapu. Życzę powodzenia, bo w przyszłym roku znowu będziemy konkurować.

Chciałabym Wam opowiedzieć historię poznania pewnej pary. Rzecz standardowo miała miejsce, spory kawałek czasu temu, w szczecińskim Hormonie. Wyszłam na piwo z dwiema koleżankami i zajęłyśmy nasze ulubione kanapy. To był weekend, tak, że po chwili zrobiło się dosyć tłoczno. Trafił się nam wtedy zupełnie nowy rodzaj Tomaszów. I to w żadnym wypadku nie jest pozytywne określenie, uwierzcie mi. Jestem osobą z reguły sympatyczną i miłą dla ludzi, którzy w większości przypadków odpowiadają tym samym, jednak wtedy sytuacja stała się bardzo nieprzyjemna.

Wyglądam jak wyglądam, kolczyki, tatuaże - jak za tamtych czasów większość osób w tym klubie. Koleżanki podobnie. Tomasze, którzy do nas podeszli, a było ich pięcioro, wyglądali jakby zdecydowanie pomylili imprezy. Pasiaste koszule, włosy na żel, skóra pomarańczowego odcieniu od solarium i eleganckie buciki wypolerowane na błysk. Nie żebym się czepiała czyjegoś stylu, broń cię panie Boże, chce tylko zaznaczyć, że nie wyglądali na osoby, które przychodziłyby się bawić w miejscu, na które pieszczotliwie mówi się Szmata. Na początku przysiedli sobie na oparciach kanap, plecami do nas, co w momencie weekendowego ścisku jest zachowaniem powszechnym i w pełni akceptowalnym. Problemy zaczęły się, kiedy jeden z panów po prostu usiadł obok mnie i rozgościł się na kanapie bez słowa. Za jego przykładem poszło dwóch kolejnych i w końcu siedziałyśmy wciśnięte w rogi. Na moje uwagi, żeby sobie poszli (i to naprawdę, przysięgam, grzeczne uwagi, bo ja inaczej nie umiem) odpowiadali śmiechem, chamskimi tekstami, albo po prostu je ignorowali.

Robiło się coraz mniej przyjemnie, stawali się troszkę agresywni, coraz bardziej pijani, a my zdenerwowane. W akcie desperacji zagroziłam pójściem po ochroniarza (myślałam, że to ich przestraszy i zrezygnują), ale ten pomysł też wyśmiali. Poszłam więc poszukać kogoś znajomego, albo kogokolwiek, kto by mi pomógł. Pamiętam, że poprosiłam o pomoc dwóch chłopców w irokezach, ale grzecznie odmówili. W końcu zobaczyłam dużego i groźnie wyglądającego faceta, więc przełamałam moją wrodzoną nieśmiałość i postanowiłam do niego zagadać. Wyjaśniłam w skrócie sytuację i zaproponowałam piwo za to, żeby udawał mojego znajomego i wygonił tamtych ludzi od nas. Zgodził się, a ja ucieszona i dumna wróciłam z nim do naszego stolika. Nie uwierzycie jak szybko piątka facetów, którzy wcześniej byli takimi pewnymi siebie kogucikami, zrezygnowała i uciekła. Z wrażenia chyba aż zmienili klub, bo ich potem już nie widziałam. Szczęśliwi siedzieliśmy, już w czwórkę, na naszej i tylko naszej kanapie. Posiedzieliśmy razem może z pięć minut, kiedy zadzwonił do mnie chłopak, za którym wtedy wzdychałam po nocach i poprosił o spotkanie. Oczywiście zgodziłam się, ale koleżanki też już musiały iść, a czułam się niezręcznie z myślą, że wykorzystałam nowo poznanego kolegę do przegonienia Tomaszów, a teraz nagle uciekamy. I w tym momencie pojawiła się moja inna koleżanka, Anita, która też się tam bawiła ze znajomymi. Usiadła do nas i jak to pijana Anita ma w zwyczaju, zaczęła mówić do wszystkich po rosyjsku. Ku jej zdziwieniu, jeśli dobrze pamiętam sytuację, Michał, nasz nowy znajomy, odpowiedział jej. Skończyło się to tak, że zostawiłam ich słuchających razem muzyki na mp3, każde po jednej słuchawce (co, jak teraz myślę, w środku głośnego klubu było raczej dziwne) i szczęśliwa, z czystym sumieniem, poleciałam do mojej miłostki, a dziewczyny tam gdzie miały iść.

Ostateczny (jak na razie) finał jest taki, że ta urocza parka w sierpniu tego roku bierze ślub, na którym ja mam być druhną (jeszcze trochę i zrobię konkurs na osobę towarzyszącą ;) ).
Biorą też udział w konkursie eski, więc jeśli chcecie im pomóc z organizacją wesela marzeń, to wejdźcie >>TUTAJ<<  i zagłosujcie na duet 18 (tak, to te urocze duszki). Wtedy skrzynki wódki, które już magazynują na tę okazję zostaną przeznaczone na dobrą imprezę ;)

Pomóżcie i zagłosujcie, bo należy im się wygrana.
To chyba jedyna para, która przekonuje mnie, że serio istnieje coś takiego jak druga połówka i pokazuje jak świetny może być związek.


piątek, 6 stycznia 2012

Klubowi podrywacze, czyli inwencja panów czasami zaskakuje ich samych.




Na początek chciałam zwrócić uwagę, że teraz na prawo macie listę innych ciekawych blogów, na które zaglądam i zapraszam i co jakiś czas będę ją uzupełniać.


Jako, że jest dziś święto, wszyscy mają wolne, postanowiłyśmy wczoraj wieczorem z Pauliną przykładem reszty ludzi w naszym wieku wyjść na piwo do klubu. Jestem w szczerym szoku, ile osób wpadło na ten sam pomysł, bo na miejscu nie dało się oddychać od ścisku, a dziewczyny biły się o miejsce w kolejce do toalety. No, ale ja nie o tym.
Kiedy siadamy same we dwie przy stoliku wśród ogromnej ilości pijanych ludzi nie musimy zazwyczaj zbyt długo czekać, żeby ktoś nas zaczepił czy spróbował się przysiąść. Od wczoraj takich osobników nazywamy Tomaszami. Tomasze, przynajmniej ci, na których my trafiamy, mają to do siebie, że zazwyczaj niestety nie są ani atrakcyjni, ani bogaci, ani nie mają nic ciekawego do powiedzenia. Zazwyczaj nie są nawet na tyle wybitni, żeby ich zapamiętać, jednak trafiło się nam w ciągu tych naszych piwnych wypadów kilku, których wspominamy do tej pory.
Zacznijmy od wczorajszych. Pierwszy może nie był konkretnie Tomaszem, jako takim, bo tylko wieszał bluzę na naszym krzesełku przed wejściem do palarni. Jak był tego sens, nie wiem do tej pory, ale sposób na zaczęcie rozmowy dobry jak każdy inny.
Kolejni już nas bardzo zaskoczyli. Otóż, jak wszyscy doskonale wiemy, stwierdzenie „my się skądś znamy” jest bardzo oklepane i większość dziewczyn od razu będzie chciała takiego pana spławić. Dlatego ten postanowił posunąć się o krok dalej.
Siedziałyśmy spokojnie pijąc sobie piwo i obserwując ludzi, kiedy nagle wyskakuje przed nami z nikąd chłopak:
- Słuchaj, skąd ty znasz Tomasza?
Przez chwilkę nie wiedziałam jak zareagować, w końcu każdy jakiegoś Tomasza zna i nie byłam pewna, o którego chodzi. Zrobiłam więc najrozsądniejszą w tym momencie rzecz i zapytałam:
- Jakiego Tomasza?
W tej chwili podbiega truchtem kolejny koleś, na oko metr pięćdziesiąt, którego nigdy w życiu nie widziałam na oczy.
- To jest Tomasz. Skąd go znasz?
Starałam się wytłumaczyć sytuację, jednak chyba bezskutecznie, bo kolega jeszcze kilka razy podchodził do nas pytając skąd ja znam Tomasza.

Kiedyś trafiła nam się inna, bardzo ciekawa próba poderwania nas. Na kanapę naprzeciwko dosiedli się jacyś panowie, niezbyt przyjaźnie wyglądający, więc chcę zaznaczyć, że już od początku trochę się ich bałyśmy. Nagle w połowie rozmowy (starałyśmy się być miłe, żeby nie wpakować się w kłopoty), jeden pokazuje na drugiego, całego pokrytego więziennymi tatuażami i mówi z dumą i radością w głosie:
- A kolega tutaj siedział za gwałty.
Potencjalny gwałciciel chyba zobaczył nasze przerażone miny, bo bardzo szybko zapewnił:
- Ale już mi przeszło! Teraz kręci mnie tylko motoryzacja.

Kolejnym razem spotkałyśmy nie Tomasza, tylko Tomaszową. Kobieta, lat na oko pięćdziesiąt, wagi sto czterdzieści wzwyż, wyglądała jak sobowtór Maryli Rodowicz, tylko taki po dwudziestu nieudanych operacjach plastycznych. Nie mam pojęcia jak to się stało, że siedziała z nami na kanapie, tuż obok Pauliny. Ocierała się o nią biustem (serio, i ja i Paulina mamy czym oddychać, ale jej jedna pierś była wielkości naszych głów razem wziętych) i mówiła:
- Ale ty masz piękną koleżankę! Gdybym była lesbijką, ale nie jestem, to bym bardzo ją chciała.
Po piętnastu minutach uciekłyśmy z klubu tłumacząc się wyjściem do toalety, bo ciągle byłyśmy macane, obsypywane komplementami i zapewniane, że nie jest lesbijką, ale jakby była…

Zdarzają się też Tomasze zagraniczne. Przysiedli się raz do nas muzułmanie (nie pijący kolesie o arabskiej urodzie, którzy chociaż byli kompletnie trzeźwi to na nasze pytanie, czemu nic nie piją odpowiadali ‘too much, too much!’). Uparcie starali się nam wmówić, że są norwegami, którzy przyjechali tutaj studiować stomatologię. Nie wiem skąd im do głowy przyszła akurat Norwegia, skoro obaj mieli czarne włosy i ciemną, wybitnie arabską karnację, ale na nasze szczęście dali sobie spokój dosyć szybko. To zdecydowanie na ich plus, że jako jedni z niewielu zaakceptowali i zrozumieli fakt, że jesteśmy parą.
Swoją drogą tego dnia w klubie spotkałyśmy jeszcze dwie identyczne pary Tomaszów, którzy powtarzali dokładnie tę samą historię. Oczywiście łamanym angielskim.

Inny przypadek. Wieczorem, szczęśliwe, zajęłyśmy w ulubionym klubie wygodną pomarańczową kanapę. Siedziałyśmy, śmiałyśmy się, rozmawiałyśmy, spotkałyśmy znajomych, którzy się dosiedli – nic ponad normę. Nagle chłopak z miejsca za naszymi plecami zapytał, czy chcemy piwo. Bo on kupił dla dwóch dziewczyn, które w międzyczasie poszły z innymi facetami (jak teraz o tym myślę, to w sumie nie widziałam tam żadnych dziewczyn) i biedaczek został z piwami, z którymi nie ma co zrobić. Oczywiście przyjęłyśmy je, ale zrobiło nam się go szkoda. Zaproponowałyśmy więc, żeby dosiadł się do nas. I się zaczęło…
Okazał się bardzo ciekawą osobą, zdecydowanie wartą opisania. Nie wiem do końca o co poszło, jednak odkąd podszedł do naszego stolika zaczął się ze wszystkimi kłócić. Stwierdził, że on jest socjopatą, co podkreślał kilka razy,  i nienawidzi kobiet (przypominam, że chwilę wcześniej oddał nam piwa). Okropnie się o to pokłócił z naszym kolegą, był mega chamski, ale kiedy Paulina powiedziała mu, że ma ładny szalik, przestał na chwilę, żeby grzecznie i ładnie jej podziękować. Ogólnie historia skończyła się mini bójką i wywaleniem socjopatycznego Tomasza z klubu. Paulina za to zyskała zdjęcie („zrób mi zdjęcie z socjopatą! Zrób mi zdjęcie z socjopatą!”).

takie tam głaszcząc socjopatę


Poza tym wszystkim bardzo często Tomasze reagują podobnie. Po pierwsze jest zdziwienie, jakim cudem mamy tak samo na imię i czy przypadkiem w takim razie nie jesteśmy siostrami (tak, rodzice mieli super poczucie humoru i dali nam te same imiona), potem zignorowanie faktu, że jesteśmy parą, miejsce, na które siadają jest zajęte i pytania o to, co robimy w życiu.
Panowie, ja was bardzo proszę. Wychodźcie poza schemat, ale nie aż tak skrajnie jak przypadki opisane wyżej. Chyba, że chcecie skończyć nieświadomie opisani na czyimś blogu.

A jak tam wasi Tomasze i Tomaszowe? 


wtorek, 3 stycznia 2012

Bo to co nas podnieca - miejsca publiczne, część I.


Powiedzmy, że ten post będzie pierwszym z cyklu ‘fetyszowego’, do którego będę co jakiś czas wracać (jak tylko przyjdzie mi do głowy warty opisania fetysz, ale w sumie tego akurat nie brakuje).
Nie ukrywajmy, że nie można całe życie uprawiać seksu w łóżku. Nawet z najlepszym na świecie partnerem, największą ilością zabawek, udziwnień i osób dodatkowych, łóżko pozostaje najnudniejszym ze wszystkich możliwych miejsc. Szczerze mówiąc, ja osobiście już wolę blat w kuchni, ale to pewnie kwestia indywidualna. Wiem, wiem… Łóżko jest wygodne, komfortowe i nikt wam tam nie przeszkadza. Jednak dla tych, którzy lubią adrenalinę i spontaniczność przygotowałam garść porad dotyczących różnych miejsc publicznych. To chyba jeden z częściej występujących fetyszy, więc warto mu poświęcić trochę czasu.


Pociąg.

Zacznę od tego, co wywołało mini dyskusję na fan page’u. Jasne, że higiena w PKP nie jest najwyższej klasy, jednak nikt wam nie każe cisnąć się w brudnych kiblach drugiej klasy. Pół życia spędziłam w pociągach, dwa z moich dłuższych związków były na odległość, gdzie w pierwszym przypadku podróż zajmowała mi ponad godzinę, a w drugim w zależności od wybranego pociągu od ośmiu do dziesięciu. Wiadomo, że tę drogę często pokonywaliśmy wspólnie, poza tym nie raz korzystałam z błogosławieństwa, jakim są bilety weekendowe (za 70zł możecie sobie jeździć przez weekend po całej Polsce) i wybierałam się z jakimś przyjacielem na wycieczkę. Dlatego pewne zasady postępowania w naszych kolejach już poznałam.
Po pierwsze, przedziały. Jeśli jedziecie nocą i macie przed sobą kilka godzin podróży, a w przedziale jesteście sami, to jest małe prawdopodobieństwo, że ktoś się do was dosiądzie w połowie między dwoma stacjami. Wystarczy zasunąć zasłony i o godzinie drugiej czy trzeciej w nocy spokojnie możecie się zająć sobą. Jeśli ktoś koniecznie chce sobie odebrać porcję adrenaliny to można też wozić ze sobą klucz, którym nie tylko da się zamknąć przedział od środka, ale też otworzyć ten zamknięty, w którym jest rezerwacja. Jeśli załóżmy jedziecie ze Szczecina do Warszawy, ale od Poznania jest zarezerwowanych kilka przedziałów, to będą zamknięte już od początku. Złamcie prawo, wejdźcie do takiego przedziału, zasuńcie zasłony i zamknijcie się od środka. Gwarantuję, że nikt nie będzie wam przeszkadzał.
No, ale co zrobić, jeśli jedziecie w dzień albo pociągiem osobowym (ten bez przedziałów)? Zostają toalety, ale nie panikujcie. Oczywiście, nie każdego stać na bilety pierwszej klasy (mnie nie stać), ale przecież nikt nie zabroni wam pójść tam do toalety. Wygląda czyściej, jest mniej chętnych osób, które będą się dobijać do drzwi. Pamiętajcie też, że konduktor nie dobija się co chwilę, więc wystarczy poczekać, aż będzie przechodził sprawdzając bilety i macie spokojnie minimum godzinę czasu.
Tak, że nie taki pociąg straszny, jak wam się wydaje, a można sobie przyjemnie umilić długą podróż.


Toaleta w klubie

Miejsce bardzo często używane i potrzebne. Niekoniecznie tylko dla osób, które pijane poznają kogoś nowego. W końcu po alkoholu ludziom w parach też włącza się romantyczny nastrój, a po co czekać z tym do domu, kiedy już być może oboje będziecie tak pijani, że jedno pójdzie spać na podłodze w kuchni, a drugie obejmując toaletę. Poza tym to całkiem fajne zniknąć na chwilę, a potem wrócić zadowolonym do niczego nieświadomych przyjaciół.
Wiadomo, że wielkim ułatwieniem są pojedyncze toalety. W moim ukochanym szczecińskim klubie jest toaleta damska, męska i dwie koedukacyjne, jednoosobowe. To jest wygodne i fajne i chociaż nie wiem, czy było robione z takim zamysłem, czy nie – bardzo ułatwia życie. Niestety, nie wszystkie miejsca są tak cudowne i czasem trzeba sobie radzić zupełnie inaczej.
O ile lesbijskie i gejowskie pary mają o wiele łatwiej, to parom mieszanym polecam korzystać z kabin w damskich toaletach. W męskich zazwyczaj jest tylko jedna kabina, którą należy zostawić ludziom z poważniejszymi problemami fizjologicznymi. Na dodatek facet wychodzący z kabiny w damskiej toalecie i mijający dziewczyny myjące ręce czy poprawiające wygląd przed lustrem nie wzbudzi aż takiego zamieszania jak kobieta, która będzie mijać używających pisuaru panów.
Drugą sprawą jest to, że trzeba wyczuć odpowiedni na imprezie moment. Kiedy już wszyscy są na tyle pijani, że nikt nie zwróci na to szczególnej uwagi. W końcu chodzi o to, żeby nikt się nie połapał, a nie żeby wychodzić popisowo za rączkę z toalety, w której zostawi się zużytą gumkę czy mokre majtki.


Klatki schodowe/dachy

Połączyłam to, ponieważ jedno często się łączy z drugim. Otwarte bramy kamienic strasznie zachęcają, kiedy wraca się z kimś z imprezy. Już nie o sam seks chodzi, ale dziewczyny, pomyślcie sobie, jak facetowi zrobi się miło, kiedy po drodze do domu złapiecie go za rękę, wciągniecie do jakiejś otwartej bramy i dacie kilka mocniejszych buziaków, czy co tam sobie chcecie, oparci o ścianę. Zbudujecie fajne napięcie i oboje nie będziecie mogli się doczekać powrotu.
Inną sprawą jest, że często się na tych paru buziakach nie kończy. I wtedy macie wybór, albo stać dalej oparci o drzwi wejściowe, albo dla własnego komfortu pójść kawałek wyżej. Tutaj chwalę umiejętność, którą posiadało kilku moich znajomych. Dzięki temu, że potrafili otwierać drzwi bez klucza, zamiast na półpiętrze, mogliśmy wygodnie usiąść na dachu. W ciepłą, letnią noc to jest naprawdę świetna sprawa. Można spokojnie zająć się sobą, kiedy na dole przechodzą wracający z imprez ludzie, zapalić papierosa po i porozmawiać, zamiast w pośpiechu się ubierać, żeby żaden sąsiad nie zadzwonił po policję. No i często dochodzi do tego niesamowity widok :)


Klika porad ogólnych:
- dziewczyny, spódniczki i sukienki zamiast spodni, pończochy zamiast rajstop. Nie dość, że ładniej wygląda, to jeszcze ułatwia życie ;)
- sprzątajcie po sobie. To nie jest fajne, kiedy w toalecie, na chodniku czy na placu zabaw znajduje się zużyte prezerwatywy. Chyba nie jest specjalnym problemem pofatygować się i wywalić to do kosza?
- miejcie wyczulony słuch. Nie jest fajnie być przyłapanym, zwłaszcza, że mandat za niestosowne zachowanie w miejscu publicznym to jakieś 500 zł.
- jak już wcześniej pisałam, nie bądźcie bezczelni. To polega na tych emocjach, żeby nikt was nie nakrył. Nie trzeba pokazywać całemu światu, że właśnie się uprawia czy uprawiało seks. W końcu element tajemnicy i konspiracji jest w tym wszystkim najfajniejszy.


Na dziś tyle, i tak chyba za bardzo się rozpisałam. Oczywiście jeszcze nie wszystkie miejsca wypisałam, bo jest ich nieskończona ilość (na pewno jeszcze do tego wrócę), ale mam nadzieję, że któreś z moich rad wam się przydadzą. No i, że ci, którzy do tej pory ograniczali się do łóżka, spróbują zaszaleć troszkę ze swoimi partnerami i spróbują szybkiego i spontanicznego seksu w miejscu, gdzie za chwilę ktoś może ich nakryć ;)