Trzymamy wianuszek do trzeciej randki!

Nie szanuję facetów, którzy idą do łóżka na pierwszej randce. Oczywiście, jeśli już się taki łatwy trafi, to czemu tego nie wykorzystać? Ale nie ma szans, żebym spotkała się z nim potem jeszcze raz albo w ogóle pomyślała o nim poważniej. W końcu, skoro mi się tak łatwo udało, to co za frajda z tego? Na stałe chce się jednak mieć kogoś kto się szanuje, a nie męską szmatę, którą mogła mieć każda laska. 

Strasznie to brzmi, prawda? O ile wypowiada to koleś o panience, to jakoś jest to akceptowalne przez społeczeństwo. Są głosy oburzonych kobiet, jednak większość przytaknie. Te kilka zdań wyżej za to niepasuje nawet mi. I proszę, darujcie sobie tutaj najgłupszy na świecie argument (który zawsze w takich sytuacjach się pojawia) o kluczu otwierającym wszystkie zamki i zamku otwieranym przez wszystkie klucze. Nie jesteśmy ślusarzami. 

Zaczęło się od tego, że na forum blogowym poczytałam temat o seksie na pierwszej randce. Pomijam już fakt, że trzymanie na siłę wianuszka do trzeciego, piątego czy piętnastego spotkania, chociaż w spodniach mokro uważam za bzdurę. Jeśli ktoś lubi, to jego problem. Zresztą, takie wzajemne podkręcanie atmosfery i przeciąganie też ma swój urok. 
To, co mnie tam zabolało, to brak konsekwencji. Bo wielu facetów napisało to, co ja we wstępie, tylko innymi słowami. Smutne? To jeszcze nie koniec.

Dokładnie ten wstęp wkleiłam jako temat na Samosi (wiem, że nie wybrałam ambitnie, ale o to mi chodziło). Jedna z pierwszych odpowiedzi, jakie dostałam (ciekawe, czy kogoś to zaskoczy):

hahaha to Ty jesteś łatwa jeśli poszłaś z nim do łóżka na pierwszej randce... i to on już do Ciebie więcej nie zadzwoni, no chyba, że mu się zachce, a nie będzie miał akurat z kim... obudź się dziewczyno!

fot. Marta Miszuk

Zapominamy chyba, że do seksu potrzeba przynajmniej dwóch osób. Dlaczego przez to, że obie mają ochotę iść do łóżka na pierwszym spotkaniu, jedna z nich ma być gorsza? Nie ważne, kto wyszedł z inicjatywą. Cholera no, bzyknęliście się oboje, więc albo oboje popadnijcie w depresje, bo jesteście tak samo łatwi, albo cieszcie się i bez problemu, jeśli mieliście na to ochotę, umówcie na kolejną randkę. 

Zresztą, nie chodzi tylko o pójscie do wyra po oficjalnej randce. Nawet z przypadkowego pijackiego seksu może wyjść coś fajnego. Popatrzcie na nas. Zaczęło się od tego, że wgramoliłam się po imprezie facetowi do łóżka i kazałam mu ze mną zostać, a skończyło tym, że jesteśmy szczęśliwą rodziną, z własnym zwierzątkiem i dzieciaczkiem w drodze (a drugim w planach), która wspólnie ubiera choinkę i wcina wieczorami lody oglądając Trudne sprawy albo Kuchenne rewolucje (oba programy zresztą przez stan moich hormonów są teraz dla mnie powodem do ogromnych wzruszeń i bardzo często zdarza mi się na nich rozkleić). 

Wracając do przesłania - szanujcie osobę, która idzie z wami do łóżka, bo to ktoś, dzięki komu nie skończycie tego wieczor samotnie z ręką w majtkach. Spodobaliście się sobie na tyle, żeby się ze sobą przespać. Dlaczego coś, co jest dobrym znakiem na przyszłość, ma stać się powodem, dla którego więcej się nie umówicie? 


PODPIS

Co tam w blogosferze piszczy

Zainteresowałam się ostatnio polską blogosferą. Zaczęłam przeglądać, co tam się dzieje, kogo można poczytać. Okazuje się, że poza mną, jeszcze parę innych osób lubi się powymądrzać, powrzucać zdjęcia i zostawić w internetach coś po sobie dla potomnych. Bo zawsze łatwiej, niż gdzieś na papierze. No i kogo tu możemy znaleźć?


Blogerki i blogerzy modowi.

Ubierasz jakieś ciuszki, starasz się wyglądać albo jak najmodniej, albo jak najdziwniej. Cyk cyk kilka foteczek, opis co gdzie kupione i mamy blog modowy. Super, jeśli do tego jesteś gruba (co teraz się określa przyjemnym słowem „curvy“). Grubaski modowe zawsze mają pełno wspierających je fanek.
Lubię takie blogi pooglądać, zwłaszcza jeśli mają dobrej jakości zdjęcia. Głównie dlatego, że sama nie umiem się ubierać i spędzam całe dnie w bluzie z ciasteczkowym potworem podkradzionej ze sklepu z ciuszkami dla dzieci mojej mamy (swoją drogą, ciekawe, że z moim brzuchem mieszczę się w dziecięce rzeczy) i dresach Grześka. Na wielkie wyjścia do Biedronki ubieram legginsy. Podziwiam ludzi, którzy wiedzą, co do czego pasuje. 


Blogerki i blogerzy kulinarni.

No to mamy chlebek tostowy. Cyk foto. Mamy serek. Cyk foto. Kładziemy serek na chlebek. Cyk foto. Mamy też toster. Do tostera wsadzamy chlebek z serkiem, cykamy kolejne zdjęcie, a na zakończenie apetycznie wyglądające foto rezultatu, podchodzące pod food porn. Jestem psychiczną masochistką i uwielbiam przeglądać takie blogi będąc na diecie (a poza czasem obecnym, kiedy to wpieprzam wszystko jak odkurzacz, to zawsze jestem na diecie i liczę kalorie). Znalazłam na takich blogach dużo fajnych przepisów (na przykład na kurczaka w szynce parmeńskiej z pesto i groszkiem). Super sprawa.



Blogerki kosmetyczne.

Blogerzy też pewnie tacy są, ale wolę sobie tego nawet nie wyobrażać. Kupujesz szampon, myjesz nim włosy i oznajmiasz całemu światu, że są czyste. Dodatkowo opisujesz zapachy wszystkiego i jak najczęsciej wrzucasz takie zdjęcia:



Nie zaglądam na takie zbyt często, bo wszystkie pieniądze wydajemy na książki i ciążowe zachcianki, a pomalować, to ja umiem pokój, a nie siebie. Paznokcie obgryzam.


Blogi z recenzjami.

Przeczytałem Bilbię. Była o Jezusie. Nie polecam, 2/10.  Coś dla osób, które uważają, że fajniej jest pisać u siebie niż na Lubimy Czytać albo Filmwebie. No i kolorki można swoje poustawiać na stronie.
Nigdy nie czytam recenzji, bo gust mam swój i sama muszę wszystko sprawdzić. Nawet „Zmierzch“ sama przeczytałam zanim skrytykowałam. Inna sprawa, że często jak film czy książka są słabe, to odkładam po kwadransie. Kochani, szkoda życia na złe książki, bo na świecie jest tyle dobrych, że i tak nie starczy nam czasu na przeczytania wszystkich.
Poza tym mam gdzieś, co kto myśli o jakiejś płycie. Zbyt szybko się nudzę, jeśli temat nie dotyczy mnie.


Blogi parentingowe.

Chociaż kiedyś przewracałam oczami, jak kolejne mamuśki wrzucały w internety zdjęcia swoich dzieciaczków albo wnętrza macicy, to teraz (jak łatwo zauważyć) stałam się jedną z nich. W przyszłych rodzicach budzi się dziwny instynkt, który nakazuje pokazywać innym swoje dziecko, wszystko co jego dotyczy i opowiadać historie z nim związane. Nie wiem czemu tak jest, pokusy nie da się zwalczyć, więc mogę tylko powiedzieć - dajcie się nam nacieszyć, chociaż dla was to równie interesujące, jak dla nas kolejne zdjęcie waszego śpiącego kota.


Blogi odchudzania.

Wspierające się grubaski, albo wojujące lady fitness. Jestem złym człowiekiem i lubię czytać, jak to ciulowo być grubym (z tego samego powodu oglądałam Fat Killers obżerając się lodami). 


Blogi satyryczne, opiniotwórcze i inne mądrale.

W tym ja. Krytykujemy, co się da, wymądrzamy się i w ogóle uważamy za lepszych od innych. A nasza racja jest najprawdziwsza. I każdy, kto ośmieli się sprzeciwić zostaje zmieszany przez nas z błotem i zasypany morzem argumentów potwierdzających nasze tezy. Mam tę przewagę, że głównie takie blogi piszą faceci, a ja mam cycki. 
Tak naprawdę odczuwamy seksualne pobudzenie czytając wojny w komentarzach (na przykład kiedy napisałam, że małe penisy są lipne, a „rozmiar nie ma znaczenia“ to tylko pocieszenie). Nudno by bez nas było.

PODPIS

Święta, święta...

Zaczął się grudzień. Zawsze w grudniu dużo się u nas dzieje. Urodziny mojego taty, moje imieniny, Mikołajki, Gwiazdka. Już kiedyś, jakieś dobre trzy lata temu, pisałam o tym jak spędzamy zwykle święta w mojej rodzinie. W tym roku będzie inaczej, pierwszy raz przyjdę na Wigilię jako gość. Z jednej strony umieram z ciekawości, jak to będzie, z drugiej jestem przerażona.
Na początek muszę was uświadomić, że moja rodzina ma bardzo mało wspólnego z typową rodziną. Tata jest ostatnią osobą, którą byście posądzili o bycie dziadkiem, brat to grający w WOWa kulturysta, a mama... Hm... Trzeba by ją poznać, żeby zrozumieć.

tata to ten mocniej opalony.


Nawet nasze zwierzęta zawsze były dziwne. Teraz mamy szczeniaka, który waży jakieś czterdzieści kilo i ciągle rośnie (na dodatek jest przekonana, że jest człowiekiem) i podobnych rozmiarów królika (który według mnie ma schizofrenię i jest samym antychrystem. Albo kosmitą). 






W tym roku mamy w planach spędzić wigilijny poranek sami w łóżeczku (łuhu! Pierwszy raz w życiu będę mogła wyspać się w święta!). Do moich rodziców na uroczystą kolację (kupili nawet z tej okazji nowy stół, bo wiecie, rodzina się powiększa) pojedziemy dopiero wieczorem. Myślę, że do tego czasu Tila, owy szczeniaczek, dla której będą to pierwsze święta zdąży już kilka razy wywalić choinkę. Albo ją zjeść. 
W każdym razie, wejdziemy, usiądziemy do kolacji, która z normalną typowo wigilijną będzie miała wspólną tylko część początkową (dzielenie się opłatkiem). Mama zrobi (albo kupi) nasze ulubione potrawy, czyli prawdopodobnie będzie coś w stylu indyka z ananasem, kaczki z żurawiną itd. Do tego wszyscy będą pić ogromne ilości alkoholu (oczywiście ta część imprezy mnie ominie). Ja będę tylko siedzieć i coraz bardziej się denerwować na pijane towarzystwo. Jestem pewna, że zostaną poruszone dwa bardzo wrażliwe tematy, czyli: przeprowadzka do babci (czego absolutnie nie mamy zamiaru robić i mam serdecznie gdzieś, że „przepadnie nam mieszkanie“)  i chrzest Olka (czego tym bardziej nie mamy zamiaru robić, ale póki co mama wolała bezpieczniej unikać tematu w rozmowach ze mną sam na sam). Po chwili dadzą mi odpocząć i będziemy odpakowywać prezenty. Co roku jedna osoba wskakuje pod choinkę i po kolei je rozdaje. Oczywiście są też prezenty dla zwierzaków, a moja mama biega wszędzie z kamerą jak japoński turysta. Wiem, wiem. Zawsze marudzimy i śmiejemy się z tej jej miłości do nagrywania wszystkiego, ale potem strasznie miło nam obejrzeć te nagrania sprzed kilku lat. 
Potem, po obejrzeniu prezentów (mój brat pewnie już się zamknie w pokoju) zacznie się część rozrywkowa imprezy, czyli rodzinne granie na konsoli. Na pieniądze. Co roku mojej mamie od nowa trzeba wyjaśniać zasady. W międzyczasie pewnie znowu zaczną się rozmowy na drażliwe tematy, a że teraz z racji szalejących hormonów nie trzeba wiele, żeby doprowadzić mnie do stanu krytycznego, zakładam, że cała wizyta skończy się trzaśnięciem drzwiami i powrotem do domu, podczas którego będę biednemu Grześkowi wykrzykiwać moje żale i oburzenie. A on będzie musiał grzecznie słuchać, bo tak już ten świat jest skonstruowany.

Następnego dnia mamy pojechać do jego rodziny, czego panicznie się boję, bo będę poznawana, oceniana (a z takim brzuchem ciężko już mi się ładnie i elegancko ubrać, wolę łazić w dresach i luźnych bluzach) i szczerze mówiąc nie chcę póki co o tym myśleć. A z drugiej strony niesamowicie się na ten moment cieszę ;)


PODPIS

Spowiedź pantoflarza.

Witajcie. Mam na imię Grzegorz. Od czterech dni mam 24 lata. Nie wylewałbym teraz z siebie jadu gdyby nie jedna, paląca mnie sprawa. Od kilku miesięcy jestem pantoflarzem. Nie postawisz mnie w jednym szeregu z szowinistami. Nie przypominam jednego z kolesi z Warsaw (s)Hore. Mentalnie bliżej mi do Stephena Hawkinga, który na kacu zapomniał o swoim syntezatorze mowy. Jetem pantoflarzem. Jestem Charlesem Bukowskim, który wpatruje się w krzywe zwierciadło. Gościem, który przestał marzyć o Murcielago na rzecz minivana o przebiegu mniejszym niż w jaguarze, który próbuje opchnąć Typowy Mirek. Sprzątam pomieszczenia lepiej niż meksykanin baseny. Gotuję jakbym był nieślubnym dzieckiem Makłowicza z Magdą Gessler. Opiekuję się królikiem jak małolaty polem na Farmeramie. Jestem pantoflarzem, który zapewnia kompleksowe usługi w sprzątaniu, opiece i wikcie. Nie robię tego dlatego, że moja kobieta mnie terroryzuje. Nie robię tego za siniaki - bo zupa była za słona. Robię to, bo chce rozwinąć dla Niej czerwony dywan gdy wchodzimy razem po schodach zwanych partnerstwem. Usłać naszą drogę różami. Przenosić ją na ramionach, gdy na schodach są okruchy szkła i rzeczywistości. Jestem pantoflarzem and I know it.

Jak każdy osobnik mojego pokroju czuje się głową rodziny. Pal licho odzwierciedlenia w rzeczywistości i świecie zwierząt. Panie modliszkowe odgryzają łby partnerom, czarne wdowy wpieprzają ich jak amerykanie hamburgery. A pingwiny mimo, że dają radę podskoczyć, to i tak siedzą na jajach, robiąc robotę swoich kobiet. U ludzi jest podobnie, bling, swag, yolo - jeśli będę błyszczał jak Edward ze Zmierzchu, to wyrwę jakąś ukrytą, pijącą krew i siły witalne pokrakę, która jedyne co potrafi to przejść wszystkie poziomy Kaskady (szczecińskie centrum handlowe) na hardzie. Teraz typ macho jest na propsie - wszędzie przedstawiany jest typ faceta, który potrafi się zabawić, dać w pysk (nie tyko śwince w kiblu na dyskotece), wali goudę do zgonu i jeździ  jakąś  fajną furą. Ja, i jak podejrzewam, grnoo typów, którzy lansują się na „maczosów“ w rzeczywistości jesteśmy zgoła inni. Nasza sylwetka i rzeźba przypomina zdeptany kartonik po jogurcie, w obecności kobiet nie potrafimy wydusić sensownego słowa, a jedyne czym jeździmy, to rozklekotane tramwaje. Dowartościowujemy się, gdy przy zamawianiu kebaba poprosimy o dodatkową cebulkę. Gdy podczas zakupów wyciągniemy kartę, modląc się w duchu by hajs się zgadzał. Gdy bezdomny na ulicy poprosi nas o fajkę a my ostentacyjnie poinformujemy, że palimy tylko e-papierosy. Bo nasza druga połówka nie lubi dymu.. Bo jesteśmy pantoflarzami. Bo sami przed sobą nie potrafimy przyznać, że wchodzimy w nasze kobiety jak tampony. Wciąż i wciąż.

Z czystym sumieniem mogę to przyznać. Jestem świadomym pantoflem. Mam dziecko w drodze i będę spełniał zachcianki mojej kobiety jakby była Bogiem. Przed samym sobą obiecałem, że zrobię cokolwiek, co Ona zechce. A Ty? Ile razy wchodziłeś w dwunastnicę swojej kobiety, żeby sprawić jej przyjemność? Bo na tym polega cały trik. Jesteś niezależny. Robisz co chcesz. masz swoją Kortnej i jesteś pozornie wolny. Ale to są pozory, stary. Należysz do swojej kobiety. Kupujesz jej kwiaty chociaż sam uznajesz tylko konopie. Zapalasz dla niej świece, chociaż to dla Ciebie bardziej przypomina seans spirytystyczny. Mówisz ziomkom, że spotkacie się w innym terminie, bo Twoja kobieta akurat chce obejrzeć z Tobą film. Znam system. Przyznaj to, gościu jeden z drugim, że jesteś pantoflem. Obiecujesz mniej jarać i pić, a przy kolegach strugasz szefa podwórka.

Jestem Grzegorz. Mam 24 lata. Jestem pantoflem. Piję whisky by pokazać jaki jestem fajny. Jaram blanta, bo mogę. Kobieta nic nie powie. Piszę to, bo chcę przykozaczyć. Ale tak naprawdę jestem sobą - świadomym pantoflem, który kocha swoją kobietę i zdecydowany jest zrobić dla niej wszystko. Jestem pantoflem i nie boję się do tego przyznać. A Ty?


"I co ja mam mu kupić?" Czyli coroczny problem atakuje znowu.

Zbliża się grudzień, miesiąc prezentowego napięcia i stresu. Jeśli nie chcecie skończyć dając waszej drugiej połówce kolejną parę majtek skorzystajcie z mojego małego poradnika. 

Jak wybierać prezenty dla partnera?
- Jeśli facet lubi czytać albo jest graczem, to sprawa jest naprawdę prosta. Zabierzcie go do Empiku czy innego Saturna, popatrzcie przy czym najdłużej się zatrzymujcie i to właśnie mu kupcie. Dla panów ta sama opcja plus drogerie i sklepy z biżuterią i dodatkami. Idźcie na wspólne wałęsanie się po sklepach i obserwujcie drugą osobę, to jest najłatwiejszy i najpewniejszy sposób.
- Jeśli wasza lepsza połówka ma jakieś hobby, to też macie całkiem niezłe pole do popisu. Każdy lubi o swoim hobby opowiadać, więc nie dość, że partner ucieszy się, że chcecie go czy jej słuchać i oglądać w internecie „mega fajne rzeczy, o których marzy“ z tym związane, to wy szybko się zorientujecie, co możecie kupić. Dwa w jednym. 
- Niby sprawa oczywista, ale niesamowicie często się o tym zapomina: nie kupujcie tego, co wam się podoba, tylko to, z czego druga osoba się ucieszy. Kupujecie prezent dla kogoś, nie dla siebie.
- Prezenty w formie typowo prezentowych pierdołek są spoko, jako wyraz tego, że się pamięta. Świeczkę zapachową czy płyn do kąpieli możecie dać babci, cioci czy znajomej, ale przy najważniejszej dla was osobie wypadałoby pokazać, że się ją zna i jednak wysilić się trochę wybierając prezent. 
- Prezent nie musi być drogi, musi za to być trafiony.
- Zawsze jest opcja rozmowy z przyjacielem/przyjaciółką partnera. Może coś doradzi.
- Ręcznie robione prezenty też są miłym gestem. Wiadomo, od serca i w ogóle, ale czy naprawdę miłość waszego życia ucieszy się z ręcznie zrobionej ramki na zdjęcie, czy może jednak bardziej z nowego GTA albo kolejnej części czytanej sagi?
- Seks oralny zawsze jest dobrym dodatkiem do prezentu, ale nie powinien go zastępować. 
- Kolacja przy świecach albo przyjęcie niespodzianka są rewelacyjnymi prezentami (potwierdza to też Grzesiek po swoich niespodziankowych urodzinach), ale ciężko raczej zrobić Niespodziankowe Boże Narodzenie czy zaskoczyć kogoś kolacją wigilijną. 
- Nie dawajcie rodzicom prezentów dla dziecka. Dawajcie dziecku prezenty dla dziecka. 
- Nie łączcie prezentów. Niektórzy mają przerąbane i mają urodziny w bliskich okolicach Gwiazdki. Albo jak mój tata, dokładnie wtedy imieniny. Lepiej dać dwa mniejsze niż iść na łatwiznę i kupić jeden na wszystkie okazje. 
- Ze śmiesznymi prezentami jest tak samo jak z pierdołkami. Spoko, ale nie dla najbliższej osoby. Lepiej dać coś, z czego naprawdę będzie się cieszyć. 
- Zwierzę, to nie prezent - niespodzianka. Nigdy.


Chciałam na koniec dodać kilka propozycji, ale potem doszłam do wniosku, że to bez sensu. Po co mam wam prezentować książki, które chciałabym sama dostać, albo o których wiem, że Grzesiek ucieszy się z ich kupienia, skoro w waszym przypadku mogą być kompletnie nietrafione? Sami znacie swoich bliskich najlepiej i udowodnijcie to wybierając coś, co naprawdę sprawi im radość.




PODPIS

Totalnie Subiektywny Przewodnik Po Szczecińskich Lokalach

Może i tymczasowo nie wychodzę nigdzie, ale swojego czasu zwiedzałam szczecińskie puby, kluby i wszelakie inne pijalnie piwa. Jedne częściej, inne rzadziej, w jeszcze innych pokazałam się tylko raz i więcej mnie nie zobaczyli. O każdym miejscu wyrobiłam sobie jakieś zdanie i stwierdziłam, że nie ma sensu zachowywać tego dla siebie. Dlatego zapraszam na Totalnie Subiektywny Przewodnik Po Szczecińskich Lokalach. 



Kluby

Hormon.

Pojawić się musiał jako pierwszy. Zawsze będę mieć do niego sentyment, chociaż już dawno tam nie zaglądałam i nie wiem nawet jak wygląda, odkąd jest drugie piętro. Alternatywny (przynajmniej kiedyś) klub, w którym swojego czasu każdy miał glany i długie włosy. Teraz klimat jest bardziej lekki, a ludzie bardziej różnorodni. Nie zmienia to faktu, że z każdej imprezy tam wraca się na czworakach. Zdarzało mi się bywać tam po 2-3 razy w tygodniu przez ponad pół roku i nigdy nie było słabo. Nigdy. To tam spotkałam byłego gwałciciela, socjopatę i milionerów posiadających swoje kamienice.
Kilkanaście lat temu mój tata pracował tam nawet jako ochroniarz (jego kariera zakończyła się głośną w tamtym czasie stzelaniną), ponoć bardzo wredny, któremu życzyli, żeby jego córka też skończyła chodząc do tego lokalo. No i poszę.

+ Dobra muzyka (chociaż ostatnio to zależy od dnia)
+ Zawsze coś się wydarzy
+ Najlepsi na świecie mistrzowie parkietu. Niejednokrotnie siadałam tak, żeby sobie obserwować co tam się wyprawia.
+ Mega sympatyczni barmani, których uwielbiam całym serduszkiem.
+ Koedukacyjne toalety ;)
+ Wygodne pomarańczowe kanapy.

+ Zaczęło się pojawiać coraz bardziej niehormonowe towarzystwo, wyglądające jak wyciągnięte z techno baletów.
+ Drogi alkohol (no dobra, może 7 zł za piwo to nie tak dużo, ale dla biednych studentów robi to różnicę).


Alter Ego

W dzień restauracja, w nocy klub z alternatywną muzyką elektroniczną. Lubię bardzo, chociaż bywałam tylko na tematycznych imprezach.

+ organizowana co jakiś czas Coredukacja i Dead Girls Don’t Say No (speedcore/breakcore i rock’n’roll).
+ polecany osobą lubiącym różne używki
+ można posłuchać d’n’b

- z tego, co widzę po zdjęciach na innych imprezach sporo hipsteskiego gówniarstwa.


Coyote Club

Klub z panienkami tańczącymi na barze, co miało być nawiązaniem do Coyote Ugly, jednak niestety nie jest utrzymany w tym klimacie. I dupeczki słabe.
W sumie, nie mój klimat, ale mają fajną promocję: w środy między 21:00 a 23:00 panie dostają darmowe drinki. Fakt, że słabe, ale spędziłam kilka wieczorów tam wlewając w siebie na prędkości alkohol, a potem sru do Hormona. 
Jako ciekawostkę powiem, że ostatnim razem zwróciłam uwagę, co do tych drineczków leją. Okazało się, że odpicowane laleczki, które w życiu by świadomie nie tknęły taniej nalewki sączą sobie Lwówecką Gruszkową z monopola tuż obok, 5,80zł za butelkę. Świat jest pełen niespodzianek.

+ Darmowy alkohol.
+ Dupeczki wyginające się na barze.

- Po nalewkach jest akrutny kac, zwłaszcza, że potem miesza się to z piwem.
- W sumie poza tymi dwoma plusami to nieciekawy zwykły lokal dla facetów z żelem na włosach i ich koleżanek.


Puby

Szuflandia

Polecona już jednej czytelniczce przeze mnie. Mroczne miejsce z ciężką muzyką. Wejście jest schowane i trzeba się trochę naszukać. Był czas, kiedy praktycznie tam mieszkałam.

+ Wściekłe ze 1,50zł. Chyba więcej nie trzeba dodawać.
+ Piwko też tanie.
+ Muzyczny klimat, który mi odpowiada
+ (przynajmniej dla mnie) Zawsze można tam spotkać kogoś znajomego.
+ Lotki, a to duży plus po pijaku.

- Hermetyczne środowisko. Jeśli wchodzisz tam pierwszy raz, musisz liczyć się z badawczymi spojrzeniami.
- Otwarta palarnia, przez co dym papierosowy czuć wszędzie.


Seta

Uroczy pubik w prlowskim klimacie na Deptaku Bogusława, gdzie alkohol kosztuje cztery złote, a żarełko osiem. Odpowiednik warszawskiej Sety i Galarety.

+ Czynny do godzin porannych (w weekendy całą dobę)
+ Super smaczne jedzenie.
+ Barman Stefan, który jest niezastąpiony w swoim fachu.

- Często widać tam różne towarzystwo a ok 4:00 nad ranem zaczynają się już robić niebezpieczne sytuacje.
- Ochroniarz zamiast reagować i zapobiegać konfliktom, woli zajmować się tymi, którym się przysnęło.


Petit Paris

Niepowtarzalne miejsce, które otworzył pewien mieszkający od lat w Szczecinie Francuz. Nigdzie nie znajdziecie takich smaków piwa, uroczego wnętrza i fancuskiej muzyki w tle. Jeśli chcesz zabrać kobietę na randkę, to tam. Jeśli chcesz napić się piwka tak o, to też tam. Wszystko najlepiej tam.

+ Różne smaki piwa (w tym zielone irlandzkie o smaku dębu, przepyszne ciemne miodowe, czekoladowe, jagodowe, cytrynowe - no magia)
+ Bardzo klimatyczny wystrój
+ Pan Właściciel, który jest chyba najsympatyczniejszym człowiekiem na świecie.

- jedyne, co mi przychodzi do głowy, to spory ścisk, kiedy puszczają mecz.



Są jeszcze trzy miejsca, które już nie istnieją, ale zawsze będą w moim serduszku.


Tunel

Spędziłam tam całe liceum. Najlepszy klub na świecie. Dwóch barmanów, Łysy i Szczepan, od których pożyczyłam „Głębokie gardło“. Koleś, który wiecznie namawiał wszystkich na grę w piłkarzyki. Kiedyś nie było problemu gdzie iść na piwo. Bo jasne było, że pójdziemy do Tunelu.
Kojarzycie taki stary internetowy komiks jak kokoart? Nawet tam pojawil się Tunel.


xCrossed

Niby są tam nadal organizowane jakieś pojedyncze imprezy, na które wstęp kosztuje 30zł. Nie da się opisać miejsca, kto był, ten wie. Reszcie musi wystarczyć ten kawałek.




My Soul

Pub Barmana Stefana z Sety. Pub z cudowną, rodzinną atmosferą, gdzie wszyscy byli dla siebie przyjaźni, a po wejściu czułeś się jak w domu. Cała ściana była przeznaczona na podpisy, mazanie po niej i co tam jeszcze sobie chcesz (obok leżały markery).
Mam szczerą nadzieję, że te miejsce kiedyś wróci.

PODPIS

Jak to jest z tym kobiecym porno?

Tytuł bloga jasno mówi - dziewczyny oglądają porno. Niby sprawa prosta i oczywista, ale jednak wymagająca kilku  naprostowań. Wiecie już, że oglądamy, ale dalej nie wiecie jakie. Na PornHubie pojawił się nowy dział (albo i nie nowy, ale ja go dopiero zauważyłam). Female Friendly. Bez klikania wiedziałam doskonale, co tam znajdę. I nie pomyliłam się.

Na początek, poprosiłam facetów o opinie. Anonimowo, w Internecie, co według nich oglądamy,kiedy postanawiamy sobie umilić wieczór. Na początek, jako ciekawostkę, pokażę Wam dwie wypowiedzi, w które absolutnie nie uwierzyłam:

Jest jeszcze niewielka grupka oszołomów, którzy wolą doznania całkiem innego typu. 
Porno nie kręciło mnie nigdy, jak dla mnie to dość obrzydliwe. Sorry, że mam zdanie odmienne. I nie do końca interesuje mnie, czy ktoś mi w to wierzy :)

Pod postem tego Pana odezwała się pewna kobieta.

Wtrącę się choć to nie do mnie pytanie - jestem jedną z tym kobiet, która tak, jak ***** brzydzi się pornosami, przy tym nie jestem pruderyjna. Uważam, że akt między kobietą i mężczyzną jest piękny, gdy łączy ich uczucie. Wszystko też wtedy jest dozwolone pod warunkiem, że nic nie jest wymuszone i z zachowaniem szacunku dla ukochanej osoby. 
Myślę, że takich kobiet, jak ja, jest najwięcej, bo taka jest natura normalnej kobiety. :)
Dla nas bodźców w postaci takich prymitywnych filmików, czy zdjęć nie potrzeba. Mamy swoją kobiecą wyobraźnię, która nas bardziej kręci niż pornosowa rąbanka.

Dlaczego myślę, że kłamią? No ludzie, proszę Was, nawet moja mama ogląda porno. Seks jest normalną sprawą, która sprawia fizyczna przyjemność i niech nikt mi nie wmawia, że nie czuje podniecenia, kiedy nie ma miłości. Zresztą, ja nie o tym.

Dostałam odpowiedzi, których też w większości się spodziewałam. W skrócie, stawiacie na romantyzm, delikatną fabułę.

Ale zaryzykuję, że w pierwszej kolejności będą to bardziej erotyki niż czyste porno - tam jest "story"  i romantyczna natura babeczki może zrzucić skorupę okropnej rzeczywistości. Pan czyściciel basenu robi umizgi i zaloty, następnie bardzo długa gra wstępna - mizianie brzusia i cycuszków płatkami kwiatuszków, a następnie zagłębienie się w jej gaj owocem brzemienny.

Podobnie pomyśleli producenci „kobiecego“ porno. Pełno jest filmów Nubile Films, którzy chyba bardzo chcą być nowym Xartem. Miło na coś takiego popatrzeć, ale słaby materiał do masturbacji.
Więc jak to jest naprawdę? Co tam sobie puszczamy, kiedy nikogo nie ma obok?

Ano tak naprawdę wszystko to samo, co wy. Bardzo często jest to jakaś rosyjska tandeta z plastikową dziewczyną. Jeszcze częściej kobiety (i to te hetero) puszczają sobie lesbijskie filmy. Orgie, ganbangi. Pozorowane gwałty. Grzesiek się ze mnie śmieje, kiedy mu mówię, że oglądałam sobie właśnie porno: „Co, znowu jakieś lesbijskie więzienne gwałty?“.
Taka prawda. Oglądamy rzeczy, których niekoniecznie chciałybyśmy doświadczyć na żywo. Fajnie i podniecająco popatrzeć na orgię, ale niekoniecznie musiałoby nam się spodobać uczestniczenie w niej na żywo. To samo z innymi sytuacjami.

Można zrobić kobiece porno, oczywiście. Jednak wypadałoby się skupić w nim na czymś innym, niż zakończenie ślubem. Nie musi wszystko być w bieli, z dziwną muzyką jak z reklamy nowego telewizora w tle.

Jest kilka aspektów, na które zwracamy uwagę (trochę posiłkowałam się wypowiedziami na różnych forach, żeby to zebrać):
- Zbliżenie na twarz mężczyzny jest czymś zbędnym w porno. Nie ma wyjątków.
- Kobiety lubią ostre porno, jednak wolą, kiedy pokazana jest cała sylwetka, a nie zbliżenie na penisa wchodzącego w cipkę czy tyłek. Znaczy, wiadomo, te ujęcia też są potrzebne, ale dużo bardziej podobają nam się takie, gdzie widać pozycję, kształty, piersi - no ogólnie całość.
- Muzyka w tle. Darujcie sobie. W seksie podniecające są odgłosy seksu, a nie kawałki brzmiące jakby były wyjęte z Chillout Zen Budda Radio.
- Nie chcemy romantyzmu. Porno służy do tego, żeby szybciej dojść podczas masturbacji. Nie potrzebujemy gry wstępnej kiedy zajmujemy się same sobą.
- Artystyczne porno, z idealnymi kadrami, światłem, kolorami i całą resztą jest spoko, fajnie sobie pooglądać, ale jednak nie jest to coś, co się wybiera chcąc szybko mieć orgazm. Prędzej już amatorskie czy kręcone z telefonu.
- Usłyszałam też opinię, że kobiety lubią oglądać filmy, gdzie się je szanuje. Co kto lubi, ale ja stawiam bardziej na to, żeby szanować babeczkę na co dzień, a w sypialni te granicę trochę przesunąć. Chyba, że chodzi o BDSM z dominującą kobietą, wtedy wiadomo.
- Fabuła. Fakt, fajnie kiedy jest jakiś jej zarys, albo chociaż wprowadzenie do sytuacji (samotna laska na spacerze w lesie, na który nie wiadomo czemu ubrała się w szpilki, pończochy i mini, spotyka bandę motocyklistów), ale przyłapałam się na tym, że często sama sobie dopowiadam.



Lubimy porno, w większości tego nie ukrywamy (chociaż zdradzenie, jaką kategorię się wybiera jest chyba jednym z najbardziej intymnych wyznań) i nie rozumiem skąd takie dziwne wyobrażenia i obraz „kobiecego porno“.
I tak, uważam, że kobiety, które twierdzą, że nie oglądają i w ogóle się nie masturbują, albo kłamią, albo powinny iść do seksuologa, bo omija je połowa frajdy z życia.



PODPIS

Twórczość sprzed lat

Ostatnio jestem mocno rozkojarzona i zajęta siedzeniem na internetowych forach dla mam, czytaniem opinii o szpitalach i kompletowaniem wyprawki (mamy już pierwszy prezent od koleżanki - chustę elastyczną, pierwszy prezent od mojej mamy - ubranko, no i pierwszą zakupioną przez nas rzecz - niebieski kocyk z króliczkiem :) ). Ale! Obiecałam zabrać się w końcu porządnie za bloga, a że znalazłam niedawno kilka ciekawych tekstów, które pisałam jako nastolatka, mogę się nimi podzielić. Jako ciekawostka, umilenie wieczoru, czy co tam sobie chcecie. Dodaję do nich kursywą, w kwadratowych nawiasach, napisane czerwoną czcionką, moje obecne komentarze. 


Chciałam też dać małe ogłoszenie parafialne. Jak już mówiłam wcześniej, zakładam internetowy second hand. Tylko, że powstał mały problem. Sklep miały wyróżniać modelki pozujące w ciuchach - z alternatywną urodą, czyli wszelkiego rodzaju modyfikacje ciała, kolczyki, tatuaże bardzo mile widziane. Na początku z braku laku w części ubrań miałam zamiar pozować sama (rozmiary mam wszystkie). Jednak przez rosnący coraz bardziej brzuszek (i, o ja biedna, cycki...) nie nadaję się już do tego absolutnie. Gdyby jakaś panna z okolic Szczecina chciała mi pomóc, byłabym bardzo szczęśliwa i wdzięczna :) 



Do pierwszego tekstu jest potrzebny mały wstęp. Nie jest zbyt zabawne, ale nawet teraz jak je czytam, bardzo dobrze napisane. Byłam wtedy zafascynowaną The Clash czternastolatką i w formie bloga pisałam opowiadanie o ich wokaliście, Joe Strummerze. Żałuję, że nie przetrwał wstęp, jest tylko pierwszy rozdział. W każdym razie - wspomniany tam David jest bratem Joe, który popełnił samobójstwo. Ja dorobiłam do tego historię. 


Straight to hell.


Pub Windmill nie należał do miejsc, gdzie przychodzą rodziny. Był pełen ludzi, który szukali tu ucieczki od codziennego życia. Chociaż na moment, jedną maluteńką chwilkę chcieli zapomnieć o tym, że przegrali swoje życie. Albo właśnie w tym momencie je przegrywają. 
Pod sufitem unosił się gęsty obłok dymu papierosowego, a przy stolikach roześmiani panowie o czerwonych twarzach grali w karty. Może to był black jack, może poker. Joe nigdy się tym głębiej nie zainteresował. 
W tej chwili siedział wpatrzony w swój kufel z piwem, wsłuchując się jedynie w dźwięki wydawane przez szafę grającą. Co to była za piosenka? Znał ją. Starannie przeszukiwał umysł, starając się skojarzyć tytuł bądź wykonawcę, mimo, że zwykły gwar pubu starannie mu to uniemożliwiał. Był pewien, że odpowiedź jest już gdzieś blisko. Łapał ją na ułamek sekundy, żeby potem znowu pozwolić jej się wymknąć. Nie lubił tego. [widać bardzo wyraźnie, że zaczytywałam się wtedy w Kingu. Tylko i wyłącznie] 
- Coś nie tak? – gruby barman z podwiniętymi rękawami brudnej koszuli i papierosem w ustach patrzył na niego nie przerywając wycierania ‘do czysta’ kufla szmatką, która kiedyś prawdopodobnie była biała, jednak teraz dało się na niej zaobserwować kilka odcieni szarości. [to tylko początek serii schematycznych postaci..] Kiedy po kilku chwilach nie otrzymał odpowiedzi ponowił pytanie. – Joe, słyszysz mnie w ogóle? Pytam, czy wszystko w porządku z tym cholernym piwem? 
Joe powoli podniósł głowę. Wsadził do ust kolejnego papierosa odpalając go. 
- Lue [no bo jak inaczej mogłabym go nazwać?], daj spokój. Wszystko jest w porządku. Człowiek już się zamyślić nie może? – zaciągnął się odchylając się na barowym stołku do tyłu. 
- W twoim przypadku to myślenie nie wyjdzie na nic dobrego, zapamiętaj sobie. – jego głos nosił na sobie znaki wieloletniego palenia tytoniu. Joe uśmiechnął się. Mimo, że skończył już pięćdziesiątkę, Lue, według opowiadań tutejszych starych bywalców, nic się nie zmienił od czasu otwarcia jakieś dwadzieścia lat temu. Podobnie jak tarcza do lotek, stojąca w tym pubie od samego początku jego istnienia. – Wiesz, co ci powiem, Strummer? Potrzeba ci dziewczyny. Porządnego, całonocnego seksu. Potrzebna ci taka, co cię nie wypuści z łóżka do rana, albo i nawet do południa. Wtedy w końcu jakoś się ogarniesz i może coś ze sobą zrobisz. Nic nie pomaga tak, jak porządne dymańsko. [Jezus Maria, miałam czternaście lat! Skąd ja znałam takie słowa jak "dymańsko"? A, chwilke, no tak - czytałam Kinga...]– zarechotał. - Patrz na tą. – oparł się na blacie baru dyskretnie wskazując palcem na siedzącą przy drugim końcu długiej lady rudowłosą kobietę. Miała może trzydzieści lat. Była ubrana w zieloną skórzaną kurtkę i czarną spódnicę. Na nogach miała kabaretki, dziurawe w kilku miejscach. Bawiła się zdjętą z palca obrączką. [Iiiii.... witamy kolejną postać żywcem wyciągnięta z Przewodnika Po Najbardziej Schematycznych Postaciach W Historii]
- No nie wiem, wygląda na zdesperowaną. – roześmiał się Joe. 
- No i o to właśnie chodzi! Takie wyrywa się najlepiej. – Lue pochylił się nad Joe’m, a przy próbie posłużenia się teatralnym szeptem prawie napluł mu do ucha. – Dawaj Strummer, pokaż, jaki z ciebie ogier! 
Właściwie Joe nie miał nic do stracenia. Wzruszył ramionami. 
- No dobra, podaj jej ode mnie drinka. Jakiego chce, byle cena nie przekroczyła moich miesięcznych zarobków. [Ale dowcipna byłam]
Barman ucieszył się, słysząc te słowa. 
- Nie martw się gnojku, tutaj nie ma rzeczy, na którą by cię nie było stać. – po ojcowsku potargał włosy Joe’go. Zawsze bawił go ten gest. 
Przyglądał się , jak Lue podaje kobiecie drinka jednocześnie wskazując głową w jego stronę. Uśmiechnęła się do niego, a on w odpowiedzi mrugnął. Co mu tam, raz na jakiś czas starsza może być. Czasem potrafią niezłe sztuczki. Widocznie spodobał jej się, bo wstała ze swojego miejsca i usiadła tuż obok, ocierając się ramieniem o jego ramię. 
- Jestem Sarah. [oczywiście.]– kiedy się odezwała zauważył przerwę między górnymi jedynkami. Nie można było powiedzieć, żeby dodawała uroku. 
- Joe, miło mi. – pocałował ją w rękę. 
- Oho, Strummer, ale z ciebie dżentelmen – zarechotał Lue nadal wycierając kolejne kufle. 
- Strummer? [ang. Grajek] [Tak. Ten przypis był w oryginale.]– zdziwiła się. - A na czym grasz? 
Joe spojrzał w dół, a jej wzrok podążył za jego. O bar, tuż obok krzesła, opierał się futerał z gitarą. 
- Mogę...? – wyciągnęła rękę w stronę instrumentu, jednak złapał ją za nadgarstek. Spojrzała na niego przerażona, ale on przytulił jej dłoń do swojego policzka. 
- Może kiedyś pokażę ci jak gram. – uśmiechnął się tym uśmiechem, który jego mało przystojnej twarzy dodawał dziwnego uroku, dzięki któremu kobieta, do której był skierowany, czuła się najważniejsza na świecie. 
Wiedział już, jak skończy się ten wieczór. 

Promienie słońca raziły go w oczy. Która mogła być godzina? Dziesiąta? Jedenasta? Podniósł powieki rozglądając się po pokoju. Potrzebował chwili, żeby uświadomić sobie gdzie jest. Zwykły, tani motel, za który na dodatek zapłaciła ona. Na pomalowanych na brzoskwiniowo ścianach wisiały kiczowate obrazy, mające widocznie na celu poprawę wizerunku całości i wywołanie głębokich estetycznych przeżyć. Żadnego z zamierzeń nie udało się spełnić. [Kingowe naleciałości po raz kolejny]
Naga Sarah leżała przytulona do niego. Od śmierci Davida minął już prawie rok, a on w tym czasie nie miał żadnej kobiety. Dzień w dzień przesiadywał w pubie izolując się starannie od innych gości. Rozmawiał co najwyżej z Lue, chociaż rozmowy te polegały na krótkiej wymianie zdań, rzucanych przeważnie od niechcenia. Kiedy kończyły mu się pieniądze siadał w parku i grał na gitarze. To dziwne, ile ludzie byli w stanie wrzucić pieniędzy do otwartego futerału. Wiele lat później Joe wspominając te czasy zastanawiał się, czy jego dzienna średnia zarobków nie wynosiłaby więcej, gdyby całymi dniami siedział w tym parku. 
Sięgnął ręką obok łóżka upewniając się, czy aby na pewno gitara nadal tam jest. Kiedy jego dłoń natrafiła na szorstki materiał futerału uspokoił się i dalej pogrążył się we śnie. 

Snuł się ciemną ulicą oświetloną jedynie blaskiem latarni. Brixton [Ooooo Ooooo strzelby z Brixton], jego miejsce na tym świecie. Wokół nie było nikogo i mógł spokojnie rozkoszować się powietrzem. Jednak coś było nie w porządku. Bał się, chociaż nie wiedział czego. Wystarczyło, że gdzieś obok przebiegł szczur, a on już podskoczył ze strachu, sięgając równocześnie do kieszeni. Był tam, jak zawsze. Jego amulet. Stary scyzoryk, o który z Davidem stoczyli wiele bojów w karty. W końcu ostatecznie trafił do Joe’go, a David nie miał nigdy okazji się odegrać. 
Otworzył ostrze. Przejechał po nim kciukiem, a kiedy poczuł ciepło krwi na palcu był już pewien, że jest dostatecznie ostry. Coś tu na niego czekało, doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Szedł dalej przed siebie mijając kolejne szare bloki. Miasto było wymarłe. 
Nagle w którymś z okien zauważył zarys postaci. Nie ruszała się, jedynie stała i obserwowała. Chciał pobiec do tego mieszkania, jednak nogi pozwoliły mu jedynie na powolny marsz. Wspinał się po schodach na trzecie piętro, na którym zobaczył postać. Korytarz był obskurny. Tynk odpadał od pomalowanych na zielono ścian. Brązowe drzwi były odrapane z farby. W końcu stanął przed mieszkaniem, do którego miał wejść. Mieszkanie numer jedenaście. Numer błyszczał w świetle księżyca. 
Popchnął drzwi, które otworzyły się ze skrzypnięciem. Nie musiał nawet naciskać na klamkę. Wszedł do pokoju, w którym panowała ciemności. Widział jedynie zarys kanapy na środku i postać stojącą przy oknie. Kobieta. 
Chciał uciec. Niczego na świecie nie chciał tak bardzo jak zniknąć z tego miejsca i więcej już się tu nie pojawić. Jednak jego ręka sama powędrowała do ramienia kobiety. Ta, czując dotyk na ramieniu powoli się odwróciła. Joe próbował krzyczeć. Najgłośniej jak potrafił. Z jego gardła wydobyło się jedynie ciche westchnięcie. [Pamiętam, że ta sytuacja miała się później fajnie rozwinąć, ale za cholerę nie pamiętam jak]

- Joe! Joe! – Sarah szarpała jego ramiona. Cały był pokryty potem i nadal jeszcze się trząsł. Błądził oczami po całym pokoju niczym szaleniec. 
- Dać ci wody? Miałeś jakiś koszmar. – pogłaskała go po mokrych włosach. 
Spojrzał na zegarek – dochodziła piętnasta. Przeczesał włosy palcami i sięgnął po papierosa. Wsadził go do ust, jednak nigdzie w zasięgu wzroku nie widział zapałek. Wstał z łóżka i podszedł do znajdującej się przy ścianie szafki, nie przejmując się nagością. Były tam. Zaciągnął się wypuszczając z siebie szare kłęby dymu. 
Podszedł do łóżka i bez słowa naciągnął na siebie koszulkę i spodnie. 
- Dokąd idziesz? – zapytała Sarah kiedy wiązał buty. Nie odpowiedział. Nałożył ramoneskę i przerzucił przez ramię gitarę. Ruszył w stronę drzwi. 
- Pytałam, dokąd idziesz? – złapała go za ramię. Na wspomnienie tego gestu przeszył go dreszcz. Odrzucił jej rękę i poszedł dalej. 
- Stój! Co robisz?! Nie wolno ci tak mnie potraktować! Stój! – powoli wpadała w szał. Joe nie lubił wielu rzeczy, ale histeryczki były w czołówce jego listy. Zatrzymał się. Stał plecami do niej milcząc. Słuchał jej krzyków i czuł narastający wewnątrz gniew. Gniew, który opanowywał każdą jego komórkę. Instynktownie starał się go załagodzić zaciskając i rozluźniając pięści na wzór szponów zwierzęcia szykującego się do ataku. 
- Albo idź sobie! Wyjdź! I tak byłeś beznadziejny! – wykrzyknęła w końcu widząc, że nic nie zdziała. Obrócił się i teraz stał bez ruchu patrząc jej w oczy. Czyli jednak zareagował. Zadowolona z efektu ciągnęła dalej. – To miał być seks? Jesteś niepoważny, dzieciaku! A może byłeś prawiczkiem, co? Przyznaj się? To był twój pierwszy raz? Na pewno. Kiedy ci obciągałam trząsłeś się jak piętnastolatek, który pierwszy raz widzi gołą kobietę! Ty chyba... [Czternaście lat...] – nie zdążyła dokończyć. Pięść Joe’go wylądowała na jej twarzy. Uderzenie było tak niespodziewane, że znalazła się na podłodze. Poczuła cieknącą z nosa stróżkę krwi. 
- Ty... Ty... Ty gnoju! Już ja ci pokażę! Nie wiesz chyba, kim jest mój mąż! Co ty sobie kurwa myślisz? Że możesz mnie uderzyć? – z oczu pociekły jej łzy. Wstała i rzuciła się na niego. Jednym szybkim ruchem znowu sprowadził ją na ziemię. Leżała skulona przy jego butach szlochając. Joe odgasił na jej nagim ciele papierosa i wyszedł trzaskając drzwiami, żegnany serią przekleństw i szlochów. 

Powietrze było chłodne i wiał przyjemny letni wiatr. W końcu to już czerwiec. Promienie słońca na twarzy od razu poprawiły mu humor. Uśmiechnął się. Są momenty, kiedy nagle sobie przypominamy, jak piękne może być życie. Tak właśnie było teraz. Odpalił kolejnego papierosa i ruszył do domu.




To tyle. Pomijając wszystkie błędy i absurdy, dalej mam do tego tekstu duży sentyment. I uważam, że jest na dobrym poziomie, zwłaszcza jak na czternastolatkę.
Teraz będzie coś dużo śmieszniejszego. Na swój dziwny sposób. Napisałam to chyba rok albo dwa lata później. Pierwsza ( i ostatnia) próba napisania scenariusza filmowego. Do bardzo głupiej komedii. Powstrzymam się od jakichkolwiek komentarzy tutaj, bo nawet nie miałabym na to siły.




S C E N A 1 


Wnętrze domu. Pokój, pośrodku którego stoi kanapa i telewizor. Wszędzie wokół walają się ubrania, śmieci (pudełka po pizzie, puszki po piwie, papierki po chipsach itd. ). Na kanapie leży jakiś człowiek. Ma na sobie luźną koszulkę i jeansy. Głowę przykrywa mu jedno z otwartych pudełek po pizzy. 
Powoli zrzuca pudełko i siada. Włosy ma potargane. Rozgląda się wokół. 

CHESTER: 
(krzycząc) 
Matt! MATT!!! 

Z leżącej na ziemi sterty ubrań i śmieci wygrzebuje się inny chłopak. Trzyma się za głowę. 

MATT: 
(zaspanym głosem) 
Spokojnie... 

Chester gwałtownie wstaje z kanapy zrzucając przy tym wszystkie śmieci na ziemię. Rozgląda się panicznie dookoła, po czym wybiega z pokoju i znika za drzwiami. 

Zbliżenie na twarz Matt'a. Wyraźnie czeka na to, co będzie dalej. Następuje chwila ciszy. 

MATT: 
(pytająco) 
Chez...? 

Cisza... 

MATT: 
(głośniej) 
Chez? 

W tle odgłos sikania. 

CHESTER 
Ciszej, ja się tu odlewam! 

Matt wstaje ociężale i otrzepuje ciuchy. 

MATT: 
(mrucząc pod nosem) 
Frajer... 

Po czym wstaje, podchodzi do roślinki w doniczce, która stoi w rogu pokoju. Słychać dźwięk rozpinanego rozporka i ponownie odgłos sikania. Wraca na kanapę. Rozsiada się na niej wygodnie i patrzy w skupieniu na wyłączony telewizor. 
Wraca Chester. 

CHESTER 
(patrzy na Matt'a, potem na telewizor i znów na Matta. Ten nadal patrzy się w ogromnym skupieniu w wyłączony telewizor. Po chwili) 
Co ty kurwa robisz? 

MATT 
(nie przerywając "oglądania" ) 
Oglądam obrady sejmu 

CHESTER 
(ze zdziwieniem) 
Ale ten telewizor jest wyłączony! 

MATT 
(obojętnie) 
Na jedno wychodzi... 

W tym momencie ktoś puka do drzwi. Oboje zrywają się i biegną do nich, potykając się o śmieci na podłodze. 
Otwierają drzwi. Zbliżenie na ich twarze (włosy potargane, miny w stylu "WTF?") 
Do środka wbiega chłopak w okularach. Chowa się za kanapą. Matt i Chester wymieniają spojrzenia. Zbliżają się do niego. Siedzi skulony za kanapą od czasu do czasu wyglądając podejrzliwie w stronę drzwi. 

MATT 
(wzdychając) 
Bill... 

Bill gwałtownie obraca głowę w jego stronę. 

BILL 
On wie, że tu jestem! 

CHESTER 
Kto tym razem? 

BILL 
(szeptem) 
Kalafior 

MATT 
Bill... Goni cię kalafior, tak? 

BILL 
Nie tak głośno! On może tu wszędzie mieć podsłuch! 

Matt i Chester ponownie wymieniają spojrzenia. Po czym porozumiewawczo kiwają głowami. 

CHESTER 
Stary, wyjaśnij nam, po chuja miałby cię gonić kalafior? 

BILL 
Wie, że go przejrzałem. Wykorzystuje wszelkie możliwe sposoby, aby dostać się do naszych domów. Jeśli mu to umożliwimy, w najbliższym czasie zawładnie światem, a my będziemy pracować jako jego niewolnicy. 

Matt i Chester patrzą na niego w osłupieniu. Bill patrzy na nich i kontynuuje 

BILL 
Weźmy na przykład mrożony kalafior. Po co komu mrożony kalafior, skoro przez cały rok może mieć świeży? Tak naprawdę on się wtedy hibernuje, co pozwala mu na dłuższe życie. A kiedy już go zjemy, dojrzewa wewnątrz naszych organizmów. Składa tam jaja i żyje jak pasożyt. W końcu przejmuje kontrolę nad mózgiem. 

MATT 
(starając się zrozumieć) 
Ale dlaczego kalafior, a nie na przykład kukurydza? 

BILL 
(tonem znawcy) 
To proste. Po tym jak zjesz kukurydzę resztki widzisz w swoich odchodach. To znaczy, że nie zalęgły się wewnątrz 

MATT 
(kiwając ze zrozumieniem głową) 
To ma sens... 

CHESTER 
Stary, przyglądałeś się swojej kupie?? 

BILL 
W celach naukowych... 

CHESTER I MATT 
(równocześnie, z podziwem) 
Super.... 

Wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, po czym wybiegają z pokoju w stronę łazienki. Bill czeka chwilę po czym biegnie za nimi.






Najsmutniejsze w tym tekście jest to, że nadal mnie bawi. 
Na dziś tyle, staram się wracać do pisania i serio znowu rozkręcać bloga (a nie tylko mówić, że mam zamiar to zrobić). Obiecuję niedługo coś o seksie, żeby utrzymać klimat, a nie odgrzewaną pisaninę sprzed dziesięciu lat ;)

O problemach biuściastych


Jako, niekoniecznie dumna, posiadaczka miseczki F (chociaż teraz, kiedy z wiadomych przyczyn, cycki znowu zaczęły rosnąć jak na sterydach, to już sama nie wiem) postanowiłam poskarżyć się światu, że to wcale nie jest takie fajne.
Nie raz i nie dwa musiałam się nasłuchać od mniej obdarzonych przez naturę koleżanek, jak to mi zazdroszczą. Kochane - nie ma czego.  Gdyby była bogata, to pierwszą rzeczą, jaką bym zrobiła, byłoby pomniejszenie piersi. Serio. Uwierzcie mi, że to właśnie my, z miseczkami, które w razie apokalipsy mogłyby posłużyć za awaryjny namiot, chciałybyśmy być na Waszym miejscu.
Mam nadzieję, że ten artykuł rozjaśni Wam trochę sytuację (a podobnym do mnie, pozwoli ponarzekać w komentarzach).


Eleganckie ubranie

Zapomnijcie o koszulach.  Tego się po prostu nie da założyć. Ostatecznie, na upartego, można zostawić rozpiętą, albo zawiązać nad pępkiem czy coś. Dla bardziej zdesperowanych - wizyta u krawcowej. Nie udało mi się jeszcze kupić koszuli, która dopinałaby się w biuście nie tworząc na dole efektu sztucznej ciąży. Wszystkie zawsze będą odstawać. Próbowałam już różnych patentów, łącznie z agrafkami, paskami, różnymi krojami. Nic.
Największy problem robi to przy różnych uroczystościach, gdzie wypada nałożyć koszulę. Jak szłam na maturę, to dużo bardziej stresowałam się tym, co ja w ogóle mam ubrać żeby wyglądać jak człowiek, niż samym egzaminem.


Bluzki na ramiączkach

Też ciężka sprawa w lato. Kiedy upały dorównują tym w piekle, a wy macie ochotę założyć zwykłą, najzwyklejszą bluzkę na ramiączkach - nie ma sposobu, żebyście nie wyglądały wulgarnie. W zasadzie wulgarnie wygląda się w 80% ubrań. Stajemy tu między młotem a kowadłem, bo bluzki zasłonięte po szyję wizualnie powiększają biust (a to ostatnia rzecz, której byśmy chciały), a cokolwiek z dekoltem powoduje wrogie i zniesmaczone spojrzenia, albo komentarze ulicznych pijaczków spod osiedlowych sklepów. Zostaje ubrać się w habit i siedzieć zgarbioną w kącie licząc, że nikt nie zauważy, że cośtam odstaje nam bardziej niż powinno.


Bolące plecy.

Po pierwsze, właśnie od garbienia się, żeby jakoś ten biust ukryć. Bo wyprostowane plecy i pierś do przodu stają się od razu postawą prowokującą.
Druga rzecz, że mimo wszystko, bądźmy szczerzy, duże cycki sporo ważą (wstyd się przyznać, ale raz próbowałam zważyć moja stawiając taką zwykłą wagę na stole i kładąc na niej piersi - nie udało się). Kupcie sobie duży stanik, wsadźcie do każdej miseczki kilogram albo dwa mąki i spróbujcie tak chodzić cały dzień. Zrozumiecie.


Kostium kąpielowy i bielizna

Ha! Nie rozśmieszajcie mnie. Jeśli nie masz do tego pupy dwa razy większej niż ta Jeniffer Lopez, to zapomnij, że znajdziesz coś dla siebie. Ja zawsze musiałam albo kupować dwa różne, żeby mieć do tego mniejsze majtki, albo właśnie lecieć z majtkami do krawcowej, żeby zwężyła.  Pewnie, że są sprzedawane staniki i majtki osobno, ale do bikini składających się z samych sznureczków, a o tym też możemy zapomnieć. Jeśli chcemy komfortu na plaży, to stanik musi być na grubych ramiączkach i z fiszbinami.

Żeby kupić pasującą bieliznę, która nie wygląda jak zdjęta z prababci, trzeba zapłacić minimum 200 zł.  A i tak możemy zapomnieć o tych słodziutkich i ślicznych staniczkach, które dla posiadaczek miseczek mniejszych od DD są na porządku dziennym.


A bieliznę trzeba kiedyś zdjąć...

Przyznam się, że miałam wczoraj pierwszą noc od 10 lat, kiedy spałam bez stanika (z prostej przyczyny - każdy ciśnie mnie już tak, że by się nie dało ;) ). Z jednej strony cudowne uczucie wolności, z drugiej próby ułożenia się tak, żeby nic nie gniotło. I wielki dyskomfort przy każdym podniesieniu się czy zmianie pozycji. Z tego samego powodu seks też tylko w staniku - po prostu jest wygodniej. No i zmniejsza to ryzyko podbicia oka czy uduszenia.
Można zapomnieć o chodzeniu po domu nago, bo bez dodatkowego wsparcia szybko staje się to męczące.

No i wygląd - dwa razy dziennie ćwiczenia, żeby jakoś te cycki się trzymały, a i tak chyba każda posiadaczka (naturalnego oczywiście) dużego biustu, z którą o tym rozmawiałam, ma kompleks obwisłych piersi i paniczny lęk przed tym.



To tyle z tych najważniejszych. Oczywiście jest milion innych sytuacji, gdzie duży biust przeszkadza. Poza tym, jak już kiedyś mówiłam, można znaleźć tam więcej resztek jedzenia niż w klawiaturze. Wiadomo, są też plusy, może kiedyś i o nich napiszę, na poprawę humoru biuściastym koleżankom ;)

Na podsumowanie mogę tylko powiedzieć, ze cycki to cycki i kochamy wszystkie. Póki Grzesiek jest zadowolony i nie narzeka, to i ja nauczyłam się jakoś je lubić (chociaż ciężka walka to była, oj ciężka).


Poza tym, stwórzmy galerię biustów czytelniczek (chciałam to zrobić już do tego posta, ale obudziłam się na ostatnią chwilę, jak zwykle), lepszą od tych joemonsterowych! wysyłajcie zdjęcia na maila pkz451@gmail.com


Jak ptaszek w klatce, czyli uciekaj ile sił!

Po pierwsze, zabrałam się za prowadzenie internetowego second handu - w ciągu tygodnia uzupełnię działy i wystawię na sprzedać już konkretne ubrania. Czekają tylko na zdjęcia (i znalezienie drobnej wytatuowanej modelki, bo ja w dużą część z nich się nie zmieszczę ;) ).
Póki  co jest tylko post zapowiadający, jednak zapraszam do polubienia i obserwowania, bo bardzo się postaram, żeby było ciekawie i żeby każdy znalazł coś dla siebie.


Dzisiejszy post, poza końcowym apelem, jest skierowany raczej do Panów. Zawsze drażniło mnie, kiedy dziewczyny mówiły, że "kogoś szukają". Przemyślałam to i już wiem dlaczego.

Zacznijmy od konkretów. Są dwa typy kobiet, wchodzących w związki (nie licząc tych dla korzyści materialnych czy jakichkolwiek innych). Te, które szukają faceta i te, które poznały faceta dlatego się na związek decydują. Pierwszych unikajcie. Gdy tylko zobaczycie sygnały ostrzegawcze (o tym za chwilę, nie martwcie się, dam wam konkretny poradnik) podziękujcie za znajomość.

Już wszystko wyjaśniam. Przypadek drugi, ten właściwy, jest oczywisty. Jest sobie dwoje ludzi, każde żyje swoim życiem i w pełni wystarcza sam sobie, jednak pewnego pięknego dnia poznają się i stwierdzają, że dalej chcą żyć swoim życiem ale już z tą drugą osobą obok.
Piękne, poprawne. Szczere.

U dziewczyn, które szukają kogoś, nie wygląda to tak. Część ich życia jest poświęcona szukaniu partnera. Z różnych powodów - boją się być same, są uzależnione od związków, „wszystkie koleżanki mają faceta“. Czasem świadomie, czasem nie, robią rozeznanie wśród osobników płci męskiej, których znają. Wybierają tych, których znają i próbują. Jeśli nie uda się z jednym, to zmieniają metodę i biorą się za kolejnego, aż skończy się lista. Zastanówcie się, chcielibyście być w związku z kobietą tylko dlatego, że szukała kogoś, a wy akurat spełniliście wymagania?
Przyjrzyjmy się im dokładniej.

fot Marta Miszuk



Jak działają?

Wspomniałam już o „liście“. Czasem jednak lista się kończy, a tu dalej pusto. Mogą albo zacząć szukać nowych ofiar realnie, albo wirtualnie.
Zapisują się na dodatkowe kursy, wychodzą ze znajomymi do klubów - jednak dla rozwijania zainteresowań czy dla czystej rozrywki. Od początku rozglądają się, oceniają, wybierają.
Przeglądają znajomych znajomych na facebooku, tworzą profile na serwisach randkowych. Rejestrują się na forach i nawet tam próbują.
Uważajcie. Mogą być wszędzie.


Jak je rozpoznać?

Z mojej perspektywy wygląda to całkiem łatwo, dziewczyny z poszukiwań faceta idealnego po prostu się zwierzają. Wam jednak może się przecież wydawać, że trafiliście w totka, że idealna dziewczyna zwróciła na was uwagę.  Jest kilka sygnałów, na które warto jednak zwrócić uwagę.

 - Jeśli dziewczyna zwierza wam się i używa tekstów w stylu: „może kiedyś ja też sobie kogoś znajdę“, „dla mnie już chyba nikogo nie ma“ czy innych tego rodzaju - uciekajcie.
- Jeśli niedługo potem zaczyna romansować z waszym wspólnym znajomym - ostrzeżcie go, żeby uciekał. Zmieniła taktykę - z „przyjaciółki“ (która najwidoczniej nie zadziałała) na „romantyczną“.
- Serwisy randkowe. Nie nie nie. I jeszcze raz nie. Bo przecież jeśli ktoś tam jest, to znaczy, że szuka.
- Te całe nowe i modne spotted. Idea fajna, ale tak naprawdę, to kolejny portal randkowy, tylko mniej krępujący.
- Kiedy wieloletnia znajoma zaczyna kombinować coś w waszą stronę. Oczywiście, opcje są dwie. Albo od lat darzy was skrywanym uczuciem i w końcu zbiera się na odwagę. Albo, bardziej prawdopodobne, jesteście kolejni na jej liście. Jeśli nie było chemii na początku spotkania, to skąd miałaby się pojawić po paru latach?


fot Marta Miszuk


No dobra, ale co w tym w zasadzie takiego złego?

Macie prawo nad tym się zastanawiać. W końcu macie fajną dziewczynę, jest wam dobrze. Musicie jednak pamiętać, że jest z wami dlatego, że spełniliście jakieś tam wymogi. Więcej tu kalkulacji niż romantycznych uniesień. Pewnie, może po czasie się zakochać, ale bądźmy szczerzy - jaki to procent przypadków?
Cała reszta związków dziewczyn szukających może potoczyć się dwoma torami - albo stwierdzą, że idą szukać dalej i związek skończy się z powodu błahej kłótni albo jakimś standardowym tekstem.
Albo... Stwierdzi, że to najlepsze, co może jej się udać znaleźć i skończy się ślubem. Co nie oznacza końca szukania. Tym bardziej, jeśli jako wasza małżonka spotka gdzieś wielką i prawdziwą miłość.
Tak czy siak, romanse później praktycznie gwarantowane.

fot Marta Miszuk



Przykre jest to, że bardzo duży procent dziewczyn się tak zachowuje (jeśli nie większość). Hej, co z wami? Jeśli nie jesteście szczęśliwe same ze sobą, to z kimś innym też nie będziecie. Dopiero kiedy przestaniecie szukać, możecie trafić na prawdziwe uczucie :)

TOP 10 najbardziej posranych książek, na jakie w życiu trafiłam.

Jak zapowiadałam, wracam do blogowania pełną parą! ;)

Dawno nic o seksie i dziwactwach nie było, więc wypadałoby się poprawić. Przebrnęłam w życiu przez wiele dziwnych książek. Zawsze mnie do takich ciągnęło, co zresztą widać pewnie po mnie całkiem wyraźnie. Kilka (w zasadzie to więcej niż kilka) z nich jednak wryło mi się w główkę mocniej niż inne. Panie i Panowie, oto przed Wami top 10 najbardziej posranych książek, jakie czytałam w życiu. Możliwe spoilery, więc tego... ostrożnie czytajcie. I wybierzcie coś dla siebie. Szaro, buro za oknem. Coraz zimniej. Pora na dobrą lekturę.


10. „Ciało i krew“ Graham Masterton

Zaczniemy delikatnie, bo w końcu większość wie, czego po Mastertonie można się spodziewać. Jednak ta książka jest całą esencją mastertonowości. Człowiek krzak zabijający ludzi i jeżdżący czarnym jeepem z bandą innych dziwnych stworów, ośmiolatka z penisem wychodzącym z ust, kobieta wychowana przez wieprze i knur wielkości przyczepy campingowej z umysłem trzyletniego nawiedzonego chłopca. Podsumowując: WOW! Brakuje tylko zombie i sztucznych ogni. W tej książce Masterton wybitnie postarał się i wcisnął chyba każdy pomysł jaki w tym momencie przychodził mi do głowy.
Dziwne, ale dopiero niedawno ją przeczytałam, jak Grzesiek mi podsunął. Wciągnęła nieźle i miał swobodny dostęp do komputera na dobre dwa - trzy dni.


9. „Najpiękniejsza dziewczyna w mieście“ Charles Bukowski

Póki co jedyne Bukowskiego, co przeczytałam, ale zauroczył mnie (o ile można w tym przypadku użyć tego słowa) i na pewno sięgnę po więcej.  No bo jak nie kochać kogoś, kto całym sobą i każdym opowiadaniem zawartym w zbiorze mówi: „hej, jestem brzydkim alkoholikiem i seksoholikiem, ale mam to w dupie bo jestem pijany i zajebiście piszę. A jak się nie podoba to spieprzać“.
Opowiadania przesiąknięte brudem, niechęcią do świata i w każdym (no, albo może w prawie każdym) pojawia się „bzykanie życia“.
Do przeczytania Bukowskiego skłoniły mnie jakieś jego cytaty znalezione w odmętach internetu i absolutnie nie żałuję. Jak nie macie lektury na jesienne wieczory, to ta książka bardzo wpasuje się w szary klimat za oknem.
Niepokojąco utożsamiam się z autorem.


8. „Głębokie gardło“ D. M. Perkins

Wypatrzyłam ją w świętej pamięci szczecińskim pubie, Tunelu (Jezu, to były czasy). Barmani mieli ją w swojej kolekcji i zgodzili się pożyczyć (i tak bywałam tam parę razy w tygodniu, więc nie mieli specjalnych oporów).
Co tu dużo pisać, książkowa wersja pierwszego pornosa puszczanego w kinach. Rzecz o dziewczynie, która łechtaczkę ma w gardle, więc postanawia zostać seksterapeutką i naprawiać świat za pomocą robienia loda (piękna idea). Idzie się i pomasturbować i pośmiać, zwłaszcza kiedy opisywani są poszczególni pacjenci. Do tej pory utkwił mi w pamięci facet, który był wielkim fanatykiem Coca Coli, całe mieszkanie miał wyposażone w gadżety firmy, ale był bardzo nieszczęśliwy, ponieważ pracował w Pepsi.
Niestety, nie poznałam zakończenia, w mojej książce brakowało kilku ostatnich stron.


7. "Pamiętniki Fanny Hill“ John Cleland

Najbardziej poruszające tutaj jest to, że książka została wydana w 1750 roku.  Internet informuje, że przez 200 lat była obiektem ‚sporów i zakazów“.  Dlaczego? A no dlatego, że to literacki pornos o małoletniej prostytutce (oczywiście do zawodu początkowo zmuszanej), która pokochała swój zawód i wspięła się na wyżyny kariery dzięki niesamowicie wyćwiczonym mięśniom kegla. Fajnie się czyta i mam z nią sporo miłych wspomnień.


6. „Ujarzmić bestię“ Emily Maguire

Romans czternastolatki z nauczycielem, przesycony opisami brutalnego seksu, gwałtów i innych ciekawych rzeczy. Na dodatek czytając to pochwalamy ich związek. Strasznie mnie wciągnęła, jedna z niewielu książek, które przeczytałam w wersji elektronicznej.
Ładnie pokazane, jak seks może oderwać od rzeczywistości, no i oczywiście wspomniana jest „bestia o dwóch grzbietach“ ;)


5.W pościeli“ Ian McEwan

Mam słabość do tego autora odkąd przeczytałam „Betonowy ogród“. Zbiór opowiadań, w którym znajdziecie między innymi historię biznesmena bzykającego sklepowego manekina, zwierzenia oswojonej małpy, której bardzo smutno, że jej właścicielka nie chce uprawiać już  z nią seksu. Ogólnie większość możliwych i ciekawszych dewiacji. Obrzydliwe i wciągające, czyta się z wypiekami na twarzy i poczuciem robienia czegoś bardzo, bardzo złego.


4. „Daj mi!“ Irina Dienieżkina

Literacki debiut rosyjskiej pisarki (miała chyba dwadzieścia dwa lata, kiedy wydała książkę). Przez cały czas, z każdym kolejnym opowiadaniem oczy bardziej wychodziły mi z orbit a szczęka opadała coraz niżej. Małe dzieci uprawiające seks, wnuczek kradnący trumnę dziadka... Nie da się opisać tej ksiażki. To po prostu trzeba przeczytać.


3. „Filozofia w buduarze“ Markiz de Sade

Nie ukrywajmy, nie da się zrobić takiej listy i nie wymienić Markiza (który jest w moim top 10 osób historycznych, z którymi chciałabym uprawiać seks [kochanie, przepraszam, jeśli to czytasz - a wiem, że dam Ci do przeczytania jak tylko skończę - ale pamiętaj, że na te listę składają się tylko zmarłe osoby]).  Seks, dewiacje, przemoc. Dobre literackie porno gore ze starych czasów. No, ale czego innego oczekiwać po tym człowieku?


2. „Betonowy ogród“ Ian McEwan

Moja przygoda z nim zaczęła się od tej książki. Gdzieś kiedyś dorwałam w jakimś antykwariacie nie mając pojęcia na co się piszę.  Czwórka dzieciaków po tym, jak ich mama umiera postanawia wrzucić jej zwłoki do skrzyni w piwnicy i zalać betonem. Genialny plan, żeby nie iść do domu dziecka. Ale to dopiero początek zabawy. Młodszy synek zaczyna przebierać się w ciuszki dla dziewczynek. Starsze rodzeństwo nawiązuje romans (przy czym chłopiec ma wyraźne problemy z higieną). Cyrki najróżniejsze się dzieją, mówię Wam. Warto poczytać.


I, uwaga uwaga, przed Wami numer jeden na mojej liście (myślę, że był do przewidzenia)


1. "120 dni Sodomy czyli szkoła libertynizmu“ Markiz de Sade.

Kurwa. To jedyne co przychodzi mi do głowy. Wiem, wiem, powstał też film, ale nawet w jednej dziesiątej nie jest tak mocny jak książka. Ksiądz podniecający się wyjadaniem ośmiolatce glutów z nosa, masowe orgie, jedzenie odchodów. Wszystko. Wszystko, co sobie zamarzycie. Polecam tylko szczególnie odpornym, bo nawet ja momentami musiałam odłożyć książkę i wyjść zapalić. Albo się napić.
Po przeczytaniu tej książki już nawet przez moment nie zastanawiałam się, czemu taki, a nie inny los spotkał Markiza.
Ludzie, serio? Jedzenie gili z nosa jako fetysz? To jest nawet ponad japońskie hard henati z ośmiornicami i uczennicami.


Mam nadzieję, że znaleźliście coś dla siebie. Albo może macie własne propozycje, co powinno się tu znaleźć? ;)

fot. Marta Miszuk

Współlokatorzy z piekła rodem.

Po pierwsze, przepraszam za ostatni post. Nie siadam więcej do klawiatury po pijaku. Wstyd mi i do tej pory nawet go nie przeczytałam (rano nie pamiętałam, że coś pisałam). 
Wiem, że zbierałam się do napisania tego sto lat, ale sami zrozumiecie po przeczytaniu. Poza tym chwilowo mamy jednego kompa, więc są o niego drobne walki.
Ze spraw organizacyjnych - powoli zmieniam wygląd bloga (zgapiłam od Agnieszki to, że linki do stron macie teraz na górze ;) ). Macie tam taki nowy modny bajer do zadawania pytań. W końcu pora trochę odnowić dwuletni wizerunek.

Pisałam jakiś czas temu o wspólnym mieszkaniu. Wynajmowaliśmy wtedy pokój w mieszkaniu, w którym poza nami mieszkało dwóch starych kawalerów (takich 30+) i jeden świeżo upieczony studencik, który wyglądał na przerażonego naszym widokiem, kiedy powiedzieliśmy mu „cześć“. No i dosyć szybko się wyprowadził. Teraz już wiemy czemu.
Zostaliśmy skuszeni niską ceną (500zł plus opłaty) za pokój, położeniem blisko centrum i tym, że szczerze mówiąc nie mieliśmy wtedy przed sobą zbyt wielu możliwości i perspektyw. Początkowo mieszkało się miło, chociaż wiadomo, że od przebywania ciągle w jednym pokoju można dostać ataku klaustrofobii i jest o wiele łatwiej o kłótnię (teraz, przy dwóch pokojach, w razie czego mogę pogonić Grześka spać gdzie indziej).  Oboje jesteśmy dosyć towarzyscy i dziwnie nam było, kiedy współlokatorzy nie wyszli nawet się przywitać, przedstawić, jedyne co mówili kiedy nas mijali, to „cześć“ burknięte pod nosem, a wszelkie próby proponowania piwa czy zagajenia rozmowy spełzały na niczym. Przez pierwszy okres codziennie proponowaliśmy jednemu (nazwanemu potem przez nas Czaszkojebcą, ale do tego jeszcze dojdziemy), żeby wpadł do nas posiedzieć, porozmawiać, cokolwiek. Udało się raz, przyznam, wytrzymał do połowy piwa i uciekł do siebie. Zanim jednak to zrobił, wymsknęło mu się, że poza nim i drugim starym kawalerem (nazwijmy go Niemową w dalszej części), jest w tym mieszkaniu bardzo duża rotacja lokatorów. Wszyscy po miesiącu - dwóch się wyprowadzają. Zdziwiło to nas, bo w końcu trudno o coś tańszego, a mieszkanie duże i wyposażone. Może i współmieszkańcy byli zamknięci w sobie i nieśmiali, ale nie można przecież niczego w tej kwestii wymagać. Chociaż już zdarzało mi się wynajmować mieszkania z ludźmi, których nie znałam i zawsze powstawała więź przynajmniej koleżeńska (a z wieloma osobami zaprzyjaźniłam się bliżej i utrzymujemy kontakt do tej pory - pozdrawiamy tutaj Krzysia). No ale cóż, widać miałam szczęście.

Nic nie zapowiadało koszmaru, który miał nadejść.

Pierwsze niepokojące objawy zauważyliśmy po około dwóch tygodniach. Ok, rozumiem, że nie znali nas, sobie może też nie do końca ufali, więc kiedy wychodzili z domu, zamykali na klucz swoje pokoje (my nigdy tego nie robiliśmy, co okazało się błędem, ale po kolei). Ale żeby zamykać się od środka zaraz po wejściu do pokoju? Serio, że niby co? Wpadniemy bez pukania i przyłapiemy ich na gwałceniu czaszek w oczodoły (stąd Czaszkojebca). Albo może wpadnę w nocy i zrobię im stabba stabba jedynym ostrym nożem kuchennym? Wiem, że to nie jest jeszcze mega tragiczne, mega złe i mega koszmarne, jednak powoli wzbudzało nasze podejrzenia, że ze współlokatorami jest coś nie tak.  Zaczęliśmy ich baczniej obserwować.

Kolejną niepokojącą rzecz odkryliśmy, kiedy wydało się, dlaczego w mieszkaniu nie ma zasięgu i żeby porozmawiać przez telefon trzeba dosyć mocno wychylić się przez okno. Czaszkojebca wychodząc raz się kąpać zostawił uchylone drzwi od pokoju. Swoją drogą, nie wiem jakim cudem, ale zawsze po jego kąpieli w łazience była mini powódź - całą podłogę pokrywała paro centymetrowa warstwa wody. Na szczęście mieszkaliśmy na parterze, więc nie było kogo zalać. Nawet ja, typowa blondynka, już pierwszego dnia zorientowałam się, jak wykąpać się, żeby tego uniknąć. W każdym razie, akurat szłam po coś do kuchni i nie żebym była wścibska czy coś, ale zaciekawiły mnie dziwne radiowe odgłosy wydobywające się z jego pokoju. Dobra, przyznaję się, zajrzałam. Ale ej, nie ciekawiło by was dlaczego z pomieszczenia zawsze zamkniętego na klucz słychać głosy? Na bank każdy by spojrzał co się tam dzieje. Okazało się, że ma w pokoju te duże radio co tirowcy i policjanci (nie wiem jak się nazywa, kobietą w końcu jestem) i tak na oko z pięć krótkofalówek. Od razu mi się przypomniał odcinek Family Guy z łysym Quagmire’em. Zaczęłam się zastanawiać. czy może Czaszkojebca nosi tupecik.
Codziennie spędzał kilka godzin rozmawiając przez nie.

Niemowa się nie pojawiał. Przemykał przez te wszystkie miesiące kiedy tam mieszkaliśmy tak, że widzieliśmy go max 10 razy. Nie sprawiał większych problemów, był jak sztuczny kwiatek postawiony gdzieś w kącie. Wiadomo, że jest, ale zapomina się o jego istnieniu.

Za to Czaszkojebca postanowił pobawić się w małego biologa i zobaczyć, jak to jest wyhodować własny szczep bakterii. Próbował zostawiając na nieokreślony okres czasu worki na śmieci w kuchni. I dwa garnki w zlewie. Które leżały tam przez półtora miesiąca. Pierwszy raz widziałam jak na wodzie wyhodowała się pleśń - w końcu Grzesiek nie wytrzymał i umył te garnki za niego - robiąc w międzyczasie przerwę na wymiotowanie.

Szybko okazało się, że nie ma co tracić w tym mieszkaniu czasu na rozmowy. Wprowadzili między sobą całkiem nowy sposób komunikacji. Jeśli coś ci się nie podoba, albo chcesz coś załatwić, to mówisz o tym głośno, chodząc po korytarzu. Szybko stałam się w tym mistrzynią i non stop rzucałam kurwami pod nosem grożąc kastracją, stabba stabba albo obrzyganiem, jeśli się nie ogarną. O dziwo, działało na moment. Chwilę później sytuacja wracała do normy, ale przynajmniej udało mi się w ten sposób odzyskać moje szklanki, które któryś z nich ukrył w swoim pokoju (nie wiem i nie chcę wiedzieć co z nimi robił - starczy, że grześkową skarpetkę znaleźliśmy w łazience dziwnie zaschniętą i twardą).

Tymczasem, kiedy wracaliśmy do domu okazywało się, że rzeczy w pokoju są na innych miejscach niż były rano. Na początku zwalałam to na moją pokręconą psychikę, ale w końcu nawet Grzesiek przyznał mi rację. Miarka się przebrała, kiedy pod koniec naszego pobytu (dosłownie ostatnie dwa tygodnie) ciuchy i karimatopodobne coś na ścianie przesiąknęły grzybem (wyraźnie tym spryskane, bo do cholery, jakim cudem grzyb miał się zrobić na ciuchach na wieszakach, a nie na tych leżących na kupie w rogu szafy?), a sama szafa została w jakiś sposób poluźniona, bo rozpadła się i co noc groziła upadkiem na głowę.

Do tego wszystkiego dodać trzeba wykradanie papieru z łazienki (to miała być forma psychicznego terroru - jeśli Czaszkojebcy coś się nie podobało, a my nie reagowaliśmy na jego pojękiwania w korytarzu, to zabierał srajtaśmę do siebie do pokoju), nieoczekiwane wizyty nawiedzonej opiekunki mieszkania, która raz wpadła bez pukania z robotnikami do naszego pokoju (mogłam się przebierać, masturbować, oglądać bajki, cokolwiek), odłączanie internetu, ich ogólnie nawiedzone zachowania, które można by wymieniać przez sto lat.
Teraz z tego co wiem, są tam do wynajęcia dwa pokoje. Jeśli traficie na podobną ofertę, przemyślcie ją dobrze, bo możliwe, że trafiacie właśnie na nich.

Nam na szczęście udało się przeprowadzić, mamy teraz całkiem swoje dwupokojowe mieszkanko w samym centrum, powoli je urządzamy po swojemu, a nawet już adoptowaliśmy królika (który myśli, że jest psem). I własny internet, więc chyba wróciłam do Was na dobre ;)

nasz Hultaj we własnej osobie.